Zaczęli od elektryków i prawie zbankrutowali. Teraz tanim pickupem z dieslem podbijają polski rynek

Ta chińska marka nie miała udanego startu w Polsce. Pełni optymizmu weszli na nasz rynek z elektrycznymi SUV-ami, które od 2022 roku nadal stoją niesprzedane w salonach. Dzisiaj mają się znacznie lepiej, głównie dzięki dieslowi.

Gdy w 2022 roku Maxus startował w Polsce z ciekawymi i naprawdę praktycznymi modelami elektrycznymi, nie spodziewali się, że po dwóch latach przyjdzie im prawie zwinąć interes. Mieli nadzieję, że Europejczycy przerzucą się na elektryki. Tak się jednak nie stało, a ich samochody osiągnęły marginalną sprzedaż.

Lata 2023 i 2024 były dla nich bardzo trudnym czasem, ale wzięli się w garść. Nie zrezygnowali z polskiego rynku, zostawiając klientów tak jak Seres, a skupili się na tym, co rzeczywiście ma wzięcie. Czyli na dostawczakach i pickupach z silnikiem diesla. Efekt? W zeszłym roku odnotowali wzrost rejestracji w segmencie aut użytkowych aż o 349 procent. To najwięcej ze wszystkich marek.

Maxus z tym pickupem na nowo odżył w Polsce

Euniq 6 miał być dla Maxusa przepustką do polskiego rynku. Elektryczny SUV dla rodzin, który z dotacją kosztował wówczas niecałe 120 tys. zł, wydawał się bardzo atrakcyjną propozycją. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Nikt nie chciał go kupować, ale też w ogóle mało kto chciał wtedy kupować elektryki. Podejście Polaków do samochodów zelektryfikowanych zaczęło zmieniać się dopiero od 2024 roku, gdy zaczęły pojawiać się tanie elektryki nowej generacji z dużymi akumulatorami i szybkim ładowaniem. Euniq 6 będąc konstrukcją starszego typu nie potrafił już przekonać klientów (m.in. przez bardzo wolne ładowanie).

Mogli więc po prostu się poddać i opuścić Polskę jak Seres. Wybrali jednak inną drogę i zaryzykowali jeszcze raz z samochodami dostawczymi. Oprócz wersji elektrycznych oferują je również z silnikami wysokoprężnymi. I to okazało się strzałem w dziesiątkę, bo klienci są i chcą kupować te samochody. Głównym motorem napędowym jest pickup o nazwie T60 MAX. Wystarczy mu się przyjrzeć, żeby zrozumieć skąd bierze się rosnący popyt. W jednej cenie oferuje praktycznie wszystko, a na tle konkurencji wypada niezwykle atrakcyjnie.

Maxus T60 Max - przednie siedzenia, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Maxus T60 Max – przednie siedzenia, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Maxus T60 Max to pickup kompletny

Maxus T60 Max to taka chińska Toyota Hilux. Różnica polega na tym, że Maxus oferuje go tylko w jednej, bardzo bogatej wersji wyposażenia. Tę wyceniono na 138 900 zł netto. Dopłacić można jedynie za lakier 3590 zł oraz wykładzinę chroniącą podłogę na pace za 1290 zł. Poza tym całe wyposażenie jest już w cenie. Mówimy tutaj między innymi o:

  • poduszkach powietrznych kierowcy i pasażera oraz kurtynowych i bocznych
  • przyłączu haka holowniczego
  • elektrycznie podgrzewanych i składanych lusterkach bocznych
  • reflektorach LED
  • adaptacyjnym tempomacie
  • wielu systemach bezpieczeństwa oraz systemach wspierających kierowcę
  • systemie kamer 360 stopni z czujnikami parkowania
  • sześciu głośnikach
  • podwójnym ekranie 12,3 cala obejmującym ekran dotykowy i cyfrowy zestaw wskaźników
  • bezprzewodowej ładowarce telefonu
  • automatycznej klimatyzacji
  • podgrzewanych siedzeniach i kierownicy
  • skórzanej tapicerce

Taki zestaw elementów znajdziemy zwykle dopiero w najbogatszych wersjach konkurencyjnych modeli jak Ranger czy Toyota Hilux. Najważniejsze jednak, że Maxus wreszcie pozbył się zapachu kojarzonego z tanimi chińskimi samochodami. Sama jakość materiałów jest na tyle dobra, że naprawdę trudno się do czegoś przyczepić. Co więcej, nawet system multimedialny został spolszczony. Z różnym efektem, bo czasami trzeba chwilę pomyśleć, żeby zrozumieć „co autor miał na myśli”, ale jednak.

Maxus T60 Max - bok, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Maxus T60 Max – bok, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Pod maską mocny diesel. Jest duża ładowność i spory uciąg przyczepy

Jeśli chodzi o kwestie mechaniczne, pod maską Maxusa T60 Max pracuje 2,0-litrowy diesel o mocy 215 KM sparowany z 8-stopniową skrzynią ZF. Jednostka generuje aż 500 Nm maksymalnego momentu obrotowego, co pozwala transportować już spore ładunki. Maksymalny uciąg na haku, który jest w standardzie, wynosi 3,5 tony. I wbrew temu, co często słyszy się o ładowności w chińskich samochodach, w przypadku Maxusa T60 Max wynosi ona 1050 kg.

Maxus T60 Max - tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Maxus T60 Max – tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Napęd dobrze radzi sobie z tym ponad dwutonowym modelem o masie 2250 kg, ale nie jest idealny. Nie chodzi o spalanie, bo to plasuje się w okolicach 8 do 9 litrów w zależności od stylu jazdy, czyli rozsądnie. Niezbyt przyjemnie brzmi natomiast sam silnik. Z jednej strony słychać klekot wtrysków dochodzący spod maski, a z drugiej sztuczny szum wydechu zza kabiny. To jednak drobiazg.

Maxus T60 Max - jazda, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Maxus T60 Max – jazda, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Ogólnie Maxus T60 sprawia świetne pierwsze wrażenie i bardzo dobrze radzi sobie w terenie. Jeśli chodzi o wygodę, muszę przyznać, że jest bardziej komfortowo niż w Hiluxie czy Isuzu D-Maxie. To naprawdę ich godny konkurent i w ogóle nie dziwi mnie to, że Polacy zaczynają go kupować. Zwłaszcza że może pełnić rolę nie tylko wozu roboczego, lecz także wszechstronnego auta rodzinnego. Żeby to jednak w pełni zrozumieć, trzeba się nim po prostu przejechać.

Maxus T60 Max - tylne siedzenia, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Maxus T60 Max – tylne siedzenia, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Źródło: motofilm.pl