Nawet jeśli kupuje się samochód z myślą o tym, że będzie służył wyłącznie do jazdy po mieście, prędzej czy później pojawi się sytuacja albo okazja, by wyjechać nim dalej. Bo to po prostu najszybsza opcja. Gdy w rodzinie jest tylko jeden samochód, taki jak Chery Tiggo 4, taki moment nadejdzie wcześniej lub później. Zwłaszcza że w Polsce autostrad systematycznie przybywa. Co wtedy, gdy takim Tiggo 4 za 95 900 zł rzeczywiście trzeba będzie wyruszyć w trasę?
Chery Tiggo 4 kosztuje 95 900 zł lub 105 900 zł w najlepszej wersji
Najmniejszy SUV chińskiej marki Chery od razu stał się hitem. Kilka razy byłem w salonie tej marki, o różnych godzinach i w różne dni tygodnia, i za każdym razem panował tam ogromny ruch. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo za 95 900 zł trudno wyobrazić sobie fajniejsze auto. Tiggo 4 jest świetnie wykonany, dobrze spasowany i po prostu ładny. Ma też duży prześwit oraz bagażnik o pojemności 430 litrów. Taką wartością nie dysponują nawet większe SUV-y dostępne na polskim rynku. Dla porównania znacznie większy 4,6-metrowy BAIC 5 oferuje zaledwie 350 litrów.
Zobacz również
Koreańskie kombi z automatem za 95 900 zł. Cena spadła o ponad 20 tys. zł przez przygodę w transporcie
Sprzedają więcej niż Lexus i Volvo razem wzięte i nie muszą walczyć dużymi rabatami. Oferta BMW wywołała burzę w sieci
Ma prawie 5 metrów i pali 5 litrów. Ten Lexus kosztuje jak Skoda Superb 2.0 TSI, a jest hybrydą z silnikiem 2.5Bardzo cieszy mnie, że Tiggo 4 pojawiło się w Polsce, bo faktycznie jest realnym konkurentem dla Toyoty Yaris Cross. Zdecydowanie polecam dopłacić do wersji za 105 900 zł i wyjechać z salonu w maksymalnym wariancie wyposażenia. Za te pieniądze otrzymujemy naprawdę dużo, w tym:
- Tapicerkę ze skóry ekologicznej
- Fotel kierowcy sterowany elektrycznie
- Podgrzewane przednie fotele
- System kamer 540 stopni
- System audio z sześcioma głośnikami
- Przednie czujniki parkowania
- Kierownicę wykończoną skórą ekologiczną
- Elektrycznie składane lusterka boczne
- Przyciemniane tylne szyby
- Ambientowe oświetlenie wnętrza
I co najważniejsze, to wszystko po prostu działa. Są chińskie marki, które oferują podobny poziom wyposażenia, ale często kryją się za tym różne haczyki. Na przykład Apple CarPlay działa tylko przez zewnętrzną przejściówkę z Aliexpress. Tutaj wszystko jest po europejsku. System multimedialny został spolszczony i funkcjonuje bardzo dobrze. Zwróciłem nawet uwagę na to, że jakość kamer jest lepsza niż w Audi A6.

Napęd hybrydowy o mocy 163 KM ma dobry czas do setki, ale zaskakująco niską prędkość maksymalną
Niezależnie od wersji wyposażenia, pod maską Tiggo 4 pracuje ten sam napęd hybrydowy. Mamy tu połączenie mocnego silnika elektrycznego o mocy 204 KM z baterią o pojemności 1,84 kWh oraz silnika spalinowego. Jest to wolnossący czterocylindrowy motor 1.5 o mocy 95 KM. Łączna moc układu wynosi 163 KM.
Patrząc na takie liczby, można pomyśleć, że to auto wszechstronne. Dobre do miasta, ale również nadające się na okazjonalne wyjazdy w trasę. Dotychczas taka moc kojarzyła się raczej pozytywnie właśnie w kontekście dłuższych podróży.
Przyspieszenie do 100 km/h trwa 8,9 sekundy. To kolejny parametr, który robi wrażenie, bo jest wyraźnie lepszy niż w wielu innych chińskich SUV-ach z silnikami spalinowymi, a nawet w niektórych europejskich modelach z wyższych segmentów. Pierwsza lampka ostrzegawcza zapala się jednak przy prędkości maksymalnej. 150 km/h wpisane w rubrykę „v-max” to wartość, której dawno nie widziałem, chyba że w katalogach samochodów elektrycznych.

Czy to faktycznie tyle, czy tylko papierowa wartość? Prędkościomierz pokazuje maksymalnie 159 km/h, co oznacza, że na specjalistycznym urządzeniu pomiarowym realna prędkość wyniosłaby faktycznie około 150 km/h. Można więc uznać, że dane producenta są zgodne z rzeczywistością. Teoretycznie nie powinno to być problemem, bo w Polsce i tak nie wolno legalnie przekraczać 140 km/h. Każdy powinien być zadowolony. Teoretycznie.
Na autostradzie komfort urywa się szybciej, niż można się spodziewać
Przez tydzień przejechałem tym samochodem około 900 kilometrów po autostradach i wiem już, gdzie kryje się haczyk. Napęd hybrydowy powyżej 120 km/h działa po prostu fatalnie. Układ pracuje tak głośno, że trzeba podnosić głos, aby porozmawiać z pasażerami.
Silnik spalinowy włącza się, bo akumulator jest zbyt mały, aby utrzymać jazdę na silniku elektrycznym. Wtedy jednostka benzynowa dosłownie wyje z bólu, wydając różne dźwięki przy tym samym wciśnięciu gazu. I nie jest tak, że 150 km/h trudno osiągnąć. Auto rozpędza się do tej prędkości dość sprawnie. Problem polega na tym, że komfort przy takiej jeździe jest najgorszy, z jakim miałem do czynienia w jakimkolwiek testowanym samochodzie w ostatnich latach. Dodatkowo utrzymanie stałej prędkości jest trudne. Auto raz zwalnia, raz przyspiesza.

Jazdy z prędkościami 140 do 150 km/h nie polecam także ze względu na zużycie paliwa. W mieście da się uzyskać bardzo dobre spalanie na poziomie 5,3 litra na 100 kilometrów. Wtedy faktycznie możliwe jest osiągnięcie zasięgu około 950 kilometrów, bo zbiornik paliwa ma aż 51 litrów. Przy prędkości 120 km/h również jest przyzwoicie, bo spalanie wynosi około 7 litrów. Natomiast przy próbach utrzymania 140 km/h spalanie z ostatnich 50 kilometrów rośnie do 8,7 litra na 100 kilometrów.
Co więcej, mam wątpliwości, czy komputer pokładowy pokazuje prawdę. Po zatankowaniu 13 litrów paliwa przy stanie, gdy auto nie pokazywało już zasięgu, oraz po przejechaniu 110 kilometrów autostradą, ponownie nie zobaczyłem żadnego zasięgu na wyświetlaczu.

Nie zmienia to faktu, że samochód nadal ma wiele zalet. Trzeba po prostu nauczyć się, że 120 km/h to granica, której nie warto przekraczać ze względu na pracę napędu i ekonomikę jazdy. Powyżej „słychać wycie, ale wcale nie jest znakomicie”. Poza tym wszystko w tym aucie naprawdę się zgadza.
Źródło: motofilm.pl



