Chińskie marki rosną w Polsce jak na drożdżach. SUV-y Omody, Jaecoo, MG czy Chery sprzedają się jak świeże bułeczki. Powód jest prosty. Oferują bardzo niskie ceny w połączeniu z bogatym wyposażeniem. Polacy dosłownie rzucili się do salonów chińskich marek, ale za to Niemcy podchodzą z ogromną rezerwą. Powodem nie jest wyłącznie przywiązanie do własnych producentów.
Zwykłe silniki benzynowe w chińskich samochodach spalają kosmiczne ilości paliwa
Przeglądając oferty najpopularniejszych chińskich samochodów, trudno nie zauważyć jednej rzeczy. Prawie wszystkie korzystają z prostych, spalinowych silników 1.5 lub 1.6 bez żadnego elektrycznego wsparcia. Takie jednostki montują czołowi gracze z Chin: Baic, MG, Omoda czy Forthing.
Zobacz również
I co łączy te samochody? To, że w wersjach benzynowych potrafią zużywać naprawdę dużo paliwa. Niektórzy, tacy jak Forthing czy Baic, nawet się z tym nie kryją i oferują zbiornik na gaz jako dodatkową, fabryczną opcję (i wtedy ma to sens).
Średnia deklarowana dla modelu Forthing U-Tour to 7,1 litra na 100 km. Teoretycznie nieźle, w praktyce jednak to czysta fantazja. W rzeczywistych warunkach nie da się zejść poniżej 9,5 litra. Na autostradzie spalanie rośnie do 12–13 litrów, i to przy polskich ograniczeniach prędkości do 140 km/h. Trudno sobie nawet wyobrazić, ile wynosiłoby w Czechach, gdzie można legalnie jechać nawet 150 km/h.

Ale Forthing nie jest wyjątkiem. Chery Tiggo 8 1.5 147 KM średnio zużywa 9,2 litra paliwa, choć katalogowo ma 7,8. Sam samochód jest świetnie wykonany i bardzo wygodny, ale wybór wersji benzynowej to finansowy strzał w stopę. Na szczęście wystarczy dopłacić 20 tys. zł do hybrydy plug-in, żeby spalanie spadło drastycznie. Podobnie wygląda sytuacja w mniejszych SUV-ach. MG HS, Jaecoo 7 Offroad czy Baic 5 w wersjach benzynowych realnie palą 9–10 litrów.
To wszystko są wyniki tylko dla normalnej jazdy. Na autostradzie robi się katastrofa
Polak jest w stanie to przeboleć. Po pierwsze, w Polsce nie można jeździć szybciej niż 140 km/h. Po drugie, statystyczny kierowca robi rocznie ok. 18 tys. km, co przekłada się na 25 km dziennie. Da się więc z tym żyć.
Ale czy zastanawialiście się, dlaczego Chińczycy oferujący najtańsze samochody zaczynają ekspansję właśnie od takich krajów jak Polska czy Hiszpania, a nie od Niemiec? To wcale nie przypadek. Niemcy są oczywiście emocjonalnie przywiązani do swoich marek, ale też zupełnie inaczej korzystają z samochodów. Kto zna ten kraj, ten wie, że w piątek po pracy kierowcy pakują rodziny do aut i ruszają autostradami bez ograniczeń – 160, 180 km/h, czasem więcej. I to jest tam całkowicie normalne.
I tu pojawia się prawdziwy problem. Zużycie paliwa przy takich prędkościach potrafi sięgnąć nawet 16,4 litra na 100 km. Taki wynik uzyskałem podczas testu chińskiego SUV-a na 51-kilometrowym odcinku bez ograniczeń, przy średniej prędkości 132 km/h. Przy baku o pojemności 57 litrów daje to zasięg około 300 km. To poziom współczesnych elektryków, takich jak Volkswagen ID.7, którym również miałem okazję przejechać prawie 1600 km „na raz”.

Celowo nie ujawniam modelu, bo nie chcę piętnować chińskiego gracza (nie jest to MG, ani Forthing). Naprawdę doceniam to, co te marki wnoszą na rynek. Ich samochody są ładne, świetnie wycenione, dobrze wyposażone i w wielu przypadkach oferują znacznie więcej niż europejscy konkurenci. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że to właśnie chińskie marki wymusiły obniżki cen u największych producentów, którzy wcześniej nie musieli tak bardzo walczyć o klienta. Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczywiste spalanie wersji benzynowych pozostaje ich słabą stroną i każdy, kto decyduje się na taki samochód, powinien znać pełny obraz sytuacji.
Takiego spalania nie pokazuje nawet japońskie V8
Kilka miesięcy temu testowałem Lexusa LC 500 z klasycznym ośmiocylindrowym silnikiem. Przy prędkości 180 km/h zużywał nie więcej niż 12 litrów paliwa na 100 kilometrów. Ale to sportowe auto ze znacznie lepszą aerodynamiką, więc dla porównania weźmy coś bardziej codziennego.

Czterokrotnie mocniejszy, kilkukrotnie droższy i w dodatku z napędem na cztery koła niemiecki SUV nie był w stanie na niemieckiej autostradzie spalić więcej niż 14 litrów na 100 kilometrów. To naprawdę daje do myślenia. Dla niektórych kwestia raczej drugorzędna, bo w kraju nie można przekraczać 140 km/h, a przy takich prędkościach spalanie w chińskich SUV-ach sięga maksymalnie 12–13 litrów. W Niemczech sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tam nikt nie będzie godził się na rujnowanie domowego budżetu. Niemiec wybierze samochód własnej czy francuskiej produkcji, który nie tylko spali mniej, ale też pojedzie szybciej niż 180 km/h (takie jest średnie ograniczenie aut z Chin). Zużycie paliwa przy wysokich prędkościach ma dla nich ogromne znaczenie i jeśli Chińczycy zdobędą ten rynek, zrobią to jedynie hybrydami plug-in lub efektywnymi elektrykami. Zwykłe „spalinówki”, które sprzedają się w Polsce jak świeże bułeczki, po prostu nie mają tam racji bytu.
Źródło: motofilm.pl






