Tydzień na rynku i już z dużym rabatem. Kia nie mogła postąpić inaczej

Nie ukrywam – tydzień temu, kiedy pisałem o premierze nowej Kii Sportage 2026, nawet mi przez myśl nie przeszło, że tak szybko przyjdzie nam mówić o obniżkach. Cena startowa – 135 tys. zł – od początku wyglądała jak strzał trochę ponad realia. Zwłaszcza teraz, we wrześniu, gdy rynek aut jest rozchwiany, a konkurencja dosłownie prześciga się w obniżaniu cen. Wystarczy spojrzeć na Leapmotora, który kusi ceną poniżej 100 tys. zł. W takim otoczeniu Kia nie mogła siedzieć z założonymi rękami.

Ruch, który zrobili dealerzy, jest więc bardziej koniecznością niż niespodzianką. Bo jeśli najważniejszy model w gamie – a Sportage bez wątpienia nim jest – ma nie wpaść w rynkowe turbulencje, trzeba było zejść z ceny. Tyle że tych rabatów nie znajdziecie ani w oficjalnym cenniku, ani w katalogach. To gra w półcieniu – promocje ujawniają dealerzy, głównie w ramach prywatnych kampanii reklamowych.

Rabat? Tak, ale dowiesz się u dilera

Promocje są dziś jeszcze półoficjalne. Dealer z Gdańska, do którego udało mi się dotrzeć, już teraz daje rabat na Sportage’a 2026 w wysokości 9500 zł. I to nie jest górny pułap – nieoficjalnie można zejść nawet o równe 10 tys. zł. To sporo, biorąc pod uwagę, że mówimy o aucie świeżo wprowadzonej generacji, a nie o wyprzedaży resztek magazynowych. Polska premiera miała miejsca 4 września 2025 roku.

Kia Sportage (2026) - bok, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Kia Sportage (2026) – bok, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Dla porównania – starszy, przedliftowy model można teraz dostać nawet za 110–114 tys. zł. Ta różnica sprawia, że sporo osób będzie się zastanawiać: dopłacać do nowego czy brać tańszego, ale sprawdzonego poprzednika? I tu pojawia się pierwsza rysa – Kia sama zmusza klienta do takich kalkulacji. Bo choć rabat robi robotę, to jednak bazowa cena nowego modelu i tak nie brzmi dziś przesadnie atrakcyjnie.

Dealerzy dobrze wiedzą, że bez takich manewrów sprzedaż mogłaby trochę rozczarowywać. Zwłaszcza że konkurencja z Chin czy nawet inne marki koreańskie nie mają skrupułów, by grać agresyjną polityką cenową. W efekcie Kia też musiała lekko nagiąć reguły.

Kia Sportage (2025) - wnętrze, fot. Kia
Kia Sportage (2025) – wnętrze, fot. Kia
2022 Kia Sportage GT-Line
Kia Sportage – wnętrze modelu sprzed liftingu, fot. Kia

Nowe dodatki, ale czy warte dopłaty?

Skoro cena spadła, to może jednak warto spojrzeć na Sportage’a 2026 bardziej przychylnie? Odpowiedź nie jest tak oczywista. Bo owszem – są pewne nowości, które wyglądają atrakcyjnie na papierze. Bezprzewodowy CarPlay to miły dodatek, podobnie jak odświeżona kierownica inspirowana elektrykami czy head-up display. Jeśli komuś naprawdę zależy na tych gadżetach, to dopłata ma sens.

Tyle że cała reszta nie robi już takiego wrażenia. System audio? Bez zmian w podstawowych wersjach. Lepsze nagłośnienie dostępne jest dopiero w najdroższych odmianach – czyli dla większości klientów pozostaje to bez znaczenia. Wyposażenie bazowe nie zaskakuje, a rabat 10 tys. zł mimo wszystko nie zmienia faktu, że to nadal spory wydatek. Z perspektywy zwykłego kierowcy – tego stereotypowego „Kowalskiego” – wybór wcale nie jest oczywisty. Kia Sportage sprzed liftu to nadal pełnowartościowy SUV, któremu niczemu nie brakuje. I jest sporo tańszy, a to najważniejsze.

2022 Kia Sportage GT-Line
Przedliftowa Kia Sportage GT-Line – przód, fot. Kia

Dlaczego Kia musiała się ugiąć

Sportage to ich najważniejszy model, a start sprzedaży nowej generacji po prostu nie mógł być słaby. Rabaty pojawiły się więc nie dlatego, że chcieli zrobić klientom prezent, tylko dlatego, że inaczej rynek mógłby ich szybko zweryfikować. Volkswagen sensacyjnie obniżył ceny wielu modeli, dzięki którym dużym SUV-em można wyjechać z salonu nawet za 83 tys. zł z dopłatą. Jeśli Kia chciała, by Sportage 2026 zyskał na starcie odpowiedni rozpęd, nie miała innego wyjścia.

Tak wygląda rynek aut we wrześniu – nieprzewidywalny, pełen nagłych zwrotów i niespodziewanych promocji. Kia zrobiła to, co musiała. A my, klienci, możemy tylko obserwować i wykorzystywać momenty, gdy wielkie marki wchodzą na pełnej w cenową wojnę.

Źródło: motofilm.pl