Na rynku co chwilę pojawiają się samochody, które w teorii mają spełniać wszystkie oczekiwania przeciętnej rodziny. Duże, pakowne, z sensowną mocą i do tego ekonomiczne. I niby powinny robić furorę, a jednak giną w szumie wokół marek, które mocniej pompują marketing. Sam trochę nie rozumiem, bo czasem trafia się taki model jak Renault Symbioz 160 – i naprawdę ciężko znaleźć w nim coś, do czego można się przyczepić. A jednak wciąż mało kto o nim mówi. Może dlatego, że wszedł na rynek w samym środku wakacji, kiedy większość ludzi była zajęta odpoczynkiem, a nie nowymi samochodami.
Mocny silnik, który nie wciąga paliwa wiadrami
To, co mnie w tym aucie najbardziej zdziwiło, to silnik. W czasach, kiedy Volvo nie robi już nic większego niż dwulitrowe jednostki, a większość producentów wciska nam litrowe „kosiarki”, tutaj mamy 1.8. Mówimy o pojemności, którą dwie dekady temu ludzie z dumą wybierali w Passacie. Ten motor świetnie daje sobie radę i nikt nie powie, że auto jest ospałe.
Zobacz również

A do tego spalanie. Katalogowo Renault podaje średnio 4,3 litra. Ale u mnie, przy normalnej jeździe 90–100 km/h, komputer pokazał nawet 3,9 litra. To wynik, którego nie powstydziłby się mały miejski hatchback, a mówimy przecież o aucie rodzinnym. No i jakby tego było mało, Symbioz potrafi jeszcze pociągnąć przyczepę do 1000 kg. To pokazuje, że nie tylko „oszczędny”, ale też całkiem praktyczny.
Auto większe niż myślisz i prowadzenie, które zaskakuje
Wiele osób kojarzy Renault głównie z miejskimi crossoverami, ale Symbioz nie jest ani malutki, ani nijaki. Długość auta to 4413 mm – czyli więcej niż SEAT Ateca, który jest przecież postrzegany jako typowy rodzinny SUV (4381 mm). To daje jasny obraz, że mówimy o pełnoprawnym samochodzie, w którym pięć osób nie będzie się czuło jak sardynki w puszce. Do tego dochodzi bagażnik 434 litry. O 86 więcej niż w Capturze – co w praktyce daje luz na codzienne zakupy, walizki czy dziecięcy wózek.

Prowadzenie? Powiem szczerze, że auto naprawdę mnie zaskoczyło. Symbioz trzyma się drogi jak przyklejony, a w zakręty wchodzi z pewnością, której nie spodziewałem się po tak tanim aucie. To nie jest pływający kanapowiec, który prosi się o spokój. Nawet zachęca, żeby jednak czasem szybciej wejść w łuk. Do tego bardzo doceniam, że Renault daje prostą opcję wyłączenia wszystkich systemów asystujących jednym przyciskiem (klikając go dwa razy). W Hyundaiu czy Kii takich rozwiązań brakuje, a użytkownicy coraz częściej na to narzekają. Tutaj pomyśleli.

Cena i wyposażenie
No dobra, ale pewnie zaraz ktoś powie: „fajne, tylko pewnie kosztuje fortunę”. I tu kolejne zaskoczenie. Ta konkretna wersja – 160-konny 1.8 Hybrid – w katalogu startuje od 130 tys. zł. Za tę kwotę dostaje się już naprawdę bogaty standard: system multimedialny openR link z ekranem 10,4″, cyfrowe zegary 7″, LED-owe światła do jazdy dziennej, a nawet kamerę cofania. To wszystko w bazie, bez dopłacania za każdą pierdołę.
Ale co najlepsze – dilerzy potrafią dorzucić rabaty sięgające 10 tys. zł, a na portalach ogłoszeniowych widziałem już oferty od 124 tys. zł. Jak się na to spojrzy, to trudno mówić o wygórowanej cenie, szczególnie że konkurencyjne chińskie SUV-y kończą się na silnikach 1.5. Tu mamy 1.8 – sprawdzoną jednostkę, której Renault się nie boi, i która nie będzie odbierana jak zabawka czy kosiareczka.
Renault dorzuca jeszcze siedmioletnią gwarancję (przy serwisowaniu w ASO), co dla wielu rodzin może być tym argumentem, który w końcu przeważy szalę. A jak dla mnie – to naprawdę świetne auto w tej cenie. Szkoda tylko, że wciąż tak mało osób o nim wie.
Źródło: motofilm.pl






