Nie ma w tym nic dziwnego, że Polacy od lat sprowadzają auta z Niemiec. To powszechna praktyka – niegdyś pewniak, dzisiaj trochę ruletka. Sam znam wielu, którzy przywieźli porządne samochody, w dobrych pieniądzach i jeżdżą nimi do dziś. Słyszę też o historiach takich, którym nie wyszło – i to nie dlatego, że auto było bite, tylko że po prostu… nielegalne. Niestety, takich historii zaczyna być coraz więcej. I każda z nich wygląda dość podobnie: okazyjna cena, szybki deal, „tu i teraz” – i potem łzy.
Dokładnie tak było 18 lipca, gdy pewien Polak pojechał po Passata. Wszystko wyglądało jak trzeba – goście czekali na niego na stacji benzynowej Shell, tak jak się umówili. Samochód podjechał, obejrzeli, papier był, cena atrakcyjna – o kilkadziesiąt tysięcy niższa niż w normalnych ofertach. Nie wyglądało na żaden przekręt. Kupił, wrócił do Polski, auto jeździło bez zarzutu. Do czasu. Kilka dni później do drzwi zapukała policja. Okazało się, że auto było kradzione – i po Passacie. Facet został z niczym.
Zobacz również
Przy cenie 89 900 zł i pełnej hybrydzie ten SUV stał się jeszcze mocniejszą alternatywą dla Toyoty
Z 2025 roku, ale po liftingu. Za 109 900 zł ten Peugeot oferuje automat i więcej miejsca na bagaże niż Volkswagen Golf
Napęd 4×4 jest tu tańszy niż w Suzuki. W cenie 104 608 zł uwzględniono też automat i kamerę cofania
To nie jest pierwsza tego typu historia. W sieci nietrudno znaleźć komentarze ludzi, którzy przestrzegają: nie kupuj na zadupiu, nie ufaj szemranym typom z parkingu, a już na pewno nie traktuj Turków, Alików czy „kolegów” z rejestracją DE jako gwarancji. Często to ludzie, którzy wciągają w przekręty na VAT, albo w najlepszym przypadku znikają po dwóch dniach z zaliczką i fałszywym papierem. A wszystko przez jedno: chęć złapania okazji. Bo jak inaczej wytłumaczyć zakup auta o 30–40 tys. zł tańszego niż rynkowa średnia? Przecież to nie promocja, to krzyk o pomoc. A mimo to niektórym wystarczy, że „ładnie wygląda i dobrze chodzi”.

I tak właśnie wygląda ta przestroga. Ktoś zobaczył dobrą cenę, uwierzył, że miał farta, i wrócił z Niemiec pewny siebie. Tylko że tym razem to nie był fart – to był numer. I choć łatwo oceniać po fakcie, to trudno nie zapytać: gdzie była czerwona lampka, kiedy auto stało 25 tysięcy taniej niż inne Passaty?



