Jeśli w ten weekend przyszło Ci podróżować przez Chorwację, to raczej nie wspominasz tego z sentymentem. Mimo że kraj kusi widokami i atmosferą, to sama jazda – szczególnie teraz – przypominała bardziej odcinek survivalu niż letni roadtrip. Zakorkowane miasta, zawalone autostrady, godziny stania w słońcu. Miało być lekko, wyszło jak zwykle. I choć Chorwacja nie zawodzi jako kierunek, to już droga przez nią potrafi dać się mocno we znaki.
W ten weekend trafiło się wszystko naraz – kumulacja turystyczna z Polski, Czech, Niemiec, Austrii, narodowe święto Chorwacji, do tego koncert jednej z największych lokalnych gwiazd w Splicie. Efekt? „Autostrady zawalone, miasta zakorkowane, zero luzu. Chorwacja piękna, ale 8 godzin w korku to już mniej romantycznie” – rzucił jeden z turystów. I miał rację. Cierpliwość była towarem deficytowym. Kierowcy stali nie tylko w drodze na wybrzeże, ale i przy samych granicach – na przykład słoweńsko-chorwackiej, gdzie kolejki ciągnęły się godzinami.
Zobacz również

Choć lokalne służby ostrzegały, że ruch może być wzmożony, wielu zignorowało sprawdzoną zasadę: do Chorwacji nie jedzie się w sobotę. Jak opowiada jeden z bywalców: „Co roku wyjeżdżamy w niedzielę wieczorem. Jeszcze nigdy nie trafiliśmy na korki”. Tym razem jednak nawet lepsze planowanie może nie wystarczyć – 3 sierpnia odbywa się Sinjska Alka, a 4 sierpnia zaplanowano oficjalne obchody zwycięstwa, zwieńczone koncertem Marko Perkovicia Thompsona. To nie są małe wydarzenia – mowa o dziesiątkach tysiący ludzi, którzy dosłownie zapchali cały region.

Nawet jeśli jesteś weteranem dalekich tras i nie straszne Ci kilometry, to jazda przez Chorwację w taki weekend mogła lub może rozłożyć Cie na łopatki. Kiedy „miało być 13h, wyszło 21h”, trudno mówić o urlopowym luzie. A jednak – mimo całego tego zamieszania – Chorwacja jako cel podróży wciąż broni się jak może. Problemem nie jest kierunek. Problemem jest moment.
W takich warunkach nie pomoże ani chłodna klima, ani podcasty. Zostaje tylko dobre nastawienie, kilka butelek wody i zaciśnięte zęby. No i może ta myśl, że jak już się tam dojedzie – to warto było przecierpieć.






