Nie oszukujmy się – do tej pory to Chińczycy dyktowali warunki w segmencie tanich SUV-ów. Ale coś się zmienia. Na niedawnym pokazie nowego Citroena C5 Aircrossa czułem, że może być grubo. Ale nie spodziewałem się aż takiego uderzenia. Szczególnie po stronie ceny – bo ta rozgrywka toczy się nie tylko o wygląd, technologię i hybrydę. Chodzi o brutalną walkę o klienta. A tu Citroen rzucił rękawicę, która może trafia w nos konkurencji z Chin.
Citroen gra va banque. Taka cena to szok
Pamiętacie, jak w kwietniu byłem na zamkniętym pokazie C5 Aircrossa? Wrażenia miałem bardzo pozytywne – i nie była to wyłącznie magia światła, nastroju i francuskiego wina. Ten model ma znaczenie – i to spore. To Citroen, który ma walczyć o klienta masowego szukającego czegoś pomiędzy tanim chińskim SUV-em a sprytną Dacią Duster. Tu nie chodzi o prestiż, tylko o realne potrzeby kierowców, którzy nie chcą przepłacać, ale oczekują praktycznego rodzinnego auta.
Zobacz również

I właśnie cena była największym znakiem zapytania. Spodziewałem się, że będzie boleć. Tymczasem – bum – hybryda kosztuje 132 900 zł brutto. Brzmi jak życzenie? Bo właśnie taką cenę miałem w głowie jako rewelacyjną. Jestem naprawdę zaskoczony – i nie tylko ja. Chińczycy, z którymi rozmawiałem, spodziewali się czegoś w przedziale 140–145 tys. zł, a to i tak byłaby kwota konkurencyjna. Tymczasem Citroen wyskoczył z numerem bliżej 130 tys. zł. To nie jest przypadek – to bardzo świadoma decyzja.

Francuzi nie oglądają się na Chiny. Atakują
Poprzednia generacja C5 Aircrossa kosztowała pod koniec nawet ponad 170 tys. zł. Zjazd jest więc bardzo konkretny. I daje jasny sygnał: Europa nie będzie się biernie przyglądać chińskiej ekspansji. Citroen proponuje pięknie narysowanego SUV-a, który ma też sens ekonomiczny. Za nieco ponad 130 tysięcy dostajemy pełnoprawnego hybrydowego SUV-a o mocy 145 KM, opartego na nowej wersji silnika 1.2. Producent twierdzi, że poprawiono go na tyle, że strach przed awariami to przeszłość.

W pakiecie dostajemy 7-letnią gwarancję – dokładnie jak u Chińczyków. I co najważniejsze – automatyczna skrzynia biegów w standardzie. To już nie są żarty. Spalanie? Nawet 5 litrów na 100 km. Dla porównania: żaden chiński SUV niehybrydowy nie jest w stanie zejść tak nisko. A przecież to dopiero początek – bo wyposażenie też robi robotę. Tu widać, że Francuzi naprawdę odrobili lekcję.

Wyposażenie, które nie wygląda na „gołą bazę”
Z czym dokładnie mamy do czynienia? Lista robi wrażenie, zwłaszcza jak na auto w tej cenie. Reflektory ECO LED, tempomat adaptacyjny z funkcją Stop&Go, cyfrowe zegary 10”, selektor trybów jazdy, czujniki parkowania, elektryczny hamulec postojowy – wszystko w standardzie. Do tego bezkluczykowe odpalanie, dwustrefowa klima, automatyczne wycieraczki i elektryczne szyby z przodu i z tyłu. Citroen dorzuca też zawieszenie Advanced Comfort®, które robi robotę w mieście i na trasie. Ale nawet gdyby ktoś chciał wszystkie dostępne bajery to cennikowo dopłaci tylko 17 tys. zł do najlepszej wersji. I to jeśli faktycznie dopłaci, bo Citroen znany jest z gigantycznych rabatów.

Klient otrzymuje również 18-calowe felgi i lakier Ruby Red – też bez dopłat. A to wszystko w aucie, które nie tylko wygląda jak SUV, ale nim naprawdę jest. V-max ponad 200 km/h – coś, czego wiele chińskich modeli nie osiąga z prostej przyczyny: są programowo ograniczane do 180 km/h. Citroen nie poszedł tą drogą. To pełnoprawny wóz z potężnym 651-litrowym bagażnikiem, którym pojedziesz na wakacje. Dla formalności dodam, że wersję elektryczną wyceniono na 174 900 zł. Z dopłatą rządową wyjdzie więc za około 140-145 tys. zł.
Citroen zrobił coś, czego się nie spodziewaliśmy. I bardzo dobrze.
Źródło: motofilm.pl







