Nowy hit wśród chińskich SUV-ów? „W sobotę sprzedałem dwa”

Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto w Polsce wiedział, czym w ogóle jest XPeng. Dziś, chociaż marka wciąż brzmi dla wielu egzotycznie, jej obecność na rynku elektryków zaczyna być coraz trudniejsza do zignorowania. Zwłaszcza że flagowy SUV – model G9 – coraz częściej znika z salonu od razu po prezentacji. Sprzedawca, z którym rozmawiałem, bez zawahania przyznał: „W sobotę sprzedałem dwa”. I to w sytuacji, gdy marka dopiero raczkuje w Polsce.

Co więc przyciąga klientów? Na pierwszy rzut oka – cena. Start od 252 900 zł brutto to w świecie dużych i luksusowych SUV-ów elektrycznych naprawdę konkurencyjna oferta. Wersja Long Range z większym zasięgiem i pełnym wyposażeniem kosztuje 269 900 zł. Oba warianty kwalifikują się do dopłat, co może finalnie zbić cenę nawet do okolic 210–220 tysięcy. Jak na elektrycznego SUV-a z takimi parametrami, to brzmi zaskakująco dobrze. A przypomnę – na to auto nie dostaniesz rabatu (taka jest polityka marki), ale za to 2-letnią możliwość ładowania „za złotówkę” i ubezpieczenie w cenie.

XPeng G9 - wnętrze, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
XPeng G9 – wnętrze, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Jazda, która zaskakuje… i nie chodzi tylko o ciszę

Miałem okazję przejechać wersją Long Range około 150 km i, szczerze mówiąc, jestem zaskoczony (auto zostaje ze mną jeszcze na 7 dni). XPeng G9 nie wygląda jak coś, co wyszło „znikąd” – tu wszystko jest dopracowane, od designu po jakość prowadzenia. Auto prowadzi się pewnie, bez stresu, i daje kierowcy dokładnie to, czego oczekuje od klasy premium. I to nie jest określenie rzucone na wyrost – chodzi zarówno o komfort foteli (z masażem w każdym), jak i wykończenie wnętrza.

Zobacz także: Zajechał chińskim autem do ASO pierwszy raz po 95 tys. km. Nie spodziewał się takiego rachunku

XPeng G9 - tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
XPeng G9 – tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Technologia? Jest. I to taka, której w wielu „uznanych” markach brakuje. Dwa ogromne wyświetlacze nie każdemu przypadną do gustu, ale funkcjonalny i szybki system infotainment już tak. Do tego autopilot, tryb relaksu z rozkładanym fotelem, a nawet… system ochrony zaparkowanego auta, który ostrzeże potencjalnego złodzieja, że jest nagrywany. Wszystko to działa płynnie i logicznie. Nie ma tutaj wrażenia „chińskiej tandety”. Nawet obowiązkowi asystenci „nie denerwują” tak jak chociażby w Hyundaiach. Raczej: to przemyślane auto, które ktoś faktycznie chciał dobrze zaprojektować, a nie tylko sprzedać.

Xpeng G9 - bok, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Xpeng G9 – bok, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Parametry, które robią robotę nawet na niemieckiej autostradzie

Zasięg? Spokojnie. Z baterią o pojemności niecałych 100 kWh można przejechać od 350 do nawet 700 km – w zależności od stylu jazdy. Przy autostradowych 140 km/h zużycie wynosiło u mnie około 22-23 kWh, co już jest świetnym wynikiem. Ale najlepsze dopiero przed nami: XPeng G9 bez większych problemów radzi sobie również przy prędkościach rzędu 170–210 km/h. Oczywiście zużycie wtedy rośnie – ale nie dramatycznie, do ok. 26-27 kWh. I nadal zostaje sensowny zasięg, który pozwala normalnie podróżować, a nie liczyć kilometry z kalkulatorem w ręku.

Zobacz także: Oto wnętrze chińskiego auta po 66 tys. km przejechanych po Polsce, w wynajmie i jako taksówka. Pasażerowie łapią się za głowę

Xpeng G9 - przód, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Xpeng G9 – przód, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Największe zaskoczenie? Ładowanie. 800-woltowa architektura oznacza, że można uzupełnić energię z 10 do 80% w 20 minut. W praktyce to oznacza przerwę na kawę, a nie trzy godziny postoju. I tu XPeng naprawdę wybija się na tle wielu konkurentów z Europy – nawet tych znacznie droższych. Konkurencyjne Volvo EX90 ładują się z mocą maks. 250 kW – w praktyce jest to znacznie mniej. Do tego kosztuje minimum… 399 900 zł.

Nowy gracz, nowe zasady gry?

Czy XPeng zmienia zasady gry? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. Nie dlatego, że to samochód elektryczny – tych na rynku jest już mnóstwo. Chodzi o coś więcej. To pierwszy chiński SUV, który zaskoczył mnie nie tylko ceną, ale też dopracowaniem. Nie ma tu żadnych „ale”. Po prostu działa z efektem „wow”.

Do tego dochodzi coś, co doceni każdy kierowca: brak typowych kosztów eksploatacyjnych. Nie musisz martwić się o przeglądy oleju, wymiany filtrów czy inne regularne wizyty w serwisie – ten samochód ich po prostu nie wymaga. Przez dwa lata możesz jeździć, nie płacąc nawet za ładowanie.

Xpeng G9 - jazda, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Xpeng G9 – jazda, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Czy to auto jest dla każdego? Pewnie nie. Ale jeśli ktoś szuka dużego, komfortowego i nowoczesnego SUV-a na prąd, to XPeng G9 wręcz powinien znaleźć się na liście modeli do sprawdzenia. Nie mówię, że od razu do kupienia – ale naprawdę warto się nim przejechać. A wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze? Że to dopiero początek obecności tej marki w Polsce. XPeng jest jeszcze mało znany – wielu kierowców nawet nie słyszało tej nazwy. Ale jestem przekonany, że to się szybko zmieni. Bo jakość broni się sama, a zadowoleni klienci robią najlepszy marketing – pocztą pantoflową, od kierowcy do kierowcy. W sierpniu planowana jest premiera kolejnego modelu – XPeng P7, który ma obsługiwać ładowanie z mocą ponad 500 kW. Brzmi nieźle, prawda?

Na pełny test XPenga G9 zapraszam na początku sierpnia. Przejadę nim jeszcze z 500-600 km w różnych warunkach.

Źródło: motofilm.pl