Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto w Polsce wiedział, czym w ogóle jest XPeng. Dziś, chociaż marka wciąż brzmi dla wielu egzotycznie, jej obecność na rynku elektryków zaczyna być coraz trudniejsza do zignorowania. Zwłaszcza że flagowy SUV – model G9 – coraz częściej znika z salonu od razu po prezentacji. Sprzedawca, z którym rozmawiałem, bez zawahania przyznał: „W sobotę sprzedałem dwa”. I to w sytuacji, gdy marka dopiero raczkuje w Polsce.
Co więc przyciąga klientów? Na pierwszy rzut oka – cena. Start od 252 900 zł brutto to w świecie dużych i luksusowych SUV-ów elektrycznych naprawdę konkurencyjna oferta. Wersja Long Range z większym zasięgiem i pełnym wyposażeniem kosztuje 269 900 zł. Oba warianty kwalifikują się do dopłat, co może finalnie zbić cenę nawet do okolic 210–220 tysięcy. Jak na elektrycznego SUV-a z takimi parametrami, to brzmi zaskakująco dobrze. A przypomnę – na to auto nie dostaniesz rabatu (taka jest polityka marki), ale za to 2-letnią możliwość ładowania „za złotówkę” i ubezpieczenie w cenie.
Zobacz również
Potaniał o 48 020 zł i ma hybrydę z silnikiem 2.5 l. Bagażnik? Większy niż w Hyundaiu Tucsonie
Dzięki rabatowi 43 250 zł kosztuje niecałe 114 tys. zł. Silnik 1.5 i spalanie na poziomie 5 l czynią z niego świetną alternatywę dla kombi Toyoty
Japońskie kombi za 107 900 zł stoi w salonie od 2024 roku. 3,6 l na 100 km w trasie to jego realne spalanie
Jazda, która zaskakuje… i nie chodzi tylko o ciszę
Miałem okazję przejechać wersją Long Range około 150 km i, szczerze mówiąc, jestem zaskoczony (auto zostaje ze mną jeszcze na 7 dni). XPeng G9 nie wygląda jak coś, co wyszło „znikąd” – tu wszystko jest dopracowane, od designu po jakość prowadzenia. Auto prowadzi się pewnie, bez stresu, i daje kierowcy dokładnie to, czego oczekuje od klasy premium. I to nie jest określenie rzucone na wyrost – chodzi zarówno o komfort foteli (z masażem w każdym), jak i wykończenie wnętrza.
Zobacz także: Zajechał chińskim autem do ASO pierwszy raz po 95 tys. km. Nie spodziewał się takiego rachunku

Technologia? Jest. I to taka, której w wielu „uznanych” markach brakuje. Dwa ogromne wyświetlacze nie każdemu przypadną do gustu, ale funkcjonalny i szybki system infotainment już tak. Do tego autopilot, tryb relaksu z rozkładanym fotelem, a nawet… system ochrony zaparkowanego auta, który ostrzeże potencjalnego złodzieja, że jest nagrywany. Wszystko to działa płynnie i logicznie. Nie ma tutaj wrażenia „chińskiej tandety”. Nawet obowiązkowi asystenci „nie denerwują” tak jak chociażby w Hyundaiach. Raczej: to przemyślane auto, które ktoś faktycznie chciał dobrze zaprojektować, a nie tylko sprzedać.

Parametry, które robią robotę nawet na niemieckiej autostradzie
Zasięg? Spokojnie. Z baterią o pojemności niecałych 100 kWh można przejechać od 350 do nawet 700 km – w zależności od stylu jazdy. Przy autostradowych 140 km/h zużycie wynosiło u mnie około 22-23 kWh, co już jest świetnym wynikiem. Ale najlepsze dopiero przed nami: XPeng G9 bez większych problemów radzi sobie również przy prędkościach rzędu 170–210 km/h. Oczywiście zużycie wtedy rośnie – ale nie dramatycznie, do ok. 26-27 kWh. I nadal zostaje sensowny zasięg, który pozwala normalnie podróżować, a nie liczyć kilometry z kalkulatorem w ręku.
Zobacz także: Oto wnętrze chińskiego auta po 66 tys. km przejechanych po Polsce, w wynajmie i jako taksówka. Pasażerowie łapią się za głowę

Największe zaskoczenie? Ładowanie. 800-woltowa architektura oznacza, że można uzupełnić energię z 10 do 80% w 20 minut. W praktyce to oznacza przerwę na kawę, a nie trzy godziny postoju. I tu XPeng naprawdę wybija się na tle wielu konkurentów z Europy – nawet tych znacznie droższych. Konkurencyjne Volvo EX90 ładują się z mocą maks. 250 kW – w praktyce jest to znacznie mniej. Do tego kosztuje minimum… 399 900 zł.
Nowy gracz, nowe zasady gry?
Czy XPeng zmienia zasady gry? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. Nie dlatego, że to samochód elektryczny – tych na rynku jest już mnóstwo. Chodzi o coś więcej. To pierwszy chiński SUV, który zaskoczył mnie nie tylko ceną, ale też dopracowaniem. Nie ma tu żadnych „ale”. Po prostu działa z efektem „wow”.
Do tego dochodzi coś, co doceni każdy kierowca: brak typowych kosztów eksploatacyjnych. Nie musisz martwić się o przeglądy oleju, wymiany filtrów czy inne regularne wizyty w serwisie – ten samochód ich po prostu nie wymaga. Przez dwa lata możesz jeździć, nie płacąc nawet za ładowanie.

Czy to auto jest dla każdego? Pewnie nie. Ale jeśli ktoś szuka dużego, komfortowego i nowoczesnego SUV-a na prąd, to XPeng G9 wręcz powinien znaleźć się na liście modeli do sprawdzenia. Nie mówię, że od razu do kupienia – ale naprawdę warto się nim przejechać. A wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze? Że to dopiero początek obecności tej marki w Polsce. XPeng jest jeszcze mało znany – wielu kierowców nawet nie słyszało tej nazwy. Ale jestem przekonany, że to się szybko zmieni. Bo jakość broni się sama, a zadowoleni klienci robią najlepszy marketing – pocztą pantoflową, od kierowcy do kierowcy. W sierpniu planowana jest premiera kolejnego modelu – XPeng P7, który ma obsługiwać ładowanie z mocą ponad 500 kW. Brzmi nieźle, prawda?
Na pełny test XPenga G9 zapraszam na początku sierpnia. Przejadę nim jeszcze z 500-600 km w różnych warunkach.
Źródło: motofilm.pl



