Europejczycy coraz cieplej patrzą na chińskie elektryki. Stereotypy pękają szybciej niż baterie się ładują

Jeszcze niedawno na hasło „chiński samochód elektryczny” wielu Europejczyków reagowało uniesieniem brwi, jeśli nie pełnym niedowierzaniem. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej — a przynajmniej tak twierdzi nowe badanie zlecone przez Zeekr, jednego z chińskich producentów aut na prąd. I chociaż można mieć swoje zdanie o badaniach zamawianych przez zainteresowanych, trudno przejść obojętnie obok liczby: aż 38% respondentów deklaruje większą otwartość na „chińczyki” niż zaledwie rok temu. Co się zmieniło? Przede wszystkim — technologia.

Przewaga technologiczna widoczna gołym okiem

Zerknijmy na konkretne modele. XPeng G9 ładuje się z mocą ponad 300 kW, czyli prawie dwa razy szybciej niż popularna w Europie Skoda Enyaq. To już nie są tanie podróbki Tesli — chińskie auta zaczynają wyznaczać tempo. Nio z kolei proponuje rozwiązanie, które w Europie brzmi prawie jak magia: wymienną baterię. Nie ładujesz — po prostu wymieniasz w kilka minut i jedziesz dalej.

Zobacz także: Zajechał chińskim autem do ASO pierwszy raz po 95 tys. km. Nie spodziewał się takiego rachunku

Xpeng G9 - tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Xpeng G9 – tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Nie dziwi więc, że ponad połowa (dokładnie 53%) obecnych właścicieli aut elektrycznych rozważa zakup pojazdu z Chin. To osoby, które nie kupują kota w worku — już wiedzą, czym jest e-mobilność, i wybierają konkretnie: parametry, funkcje, doświadczenie.

Ale nie wszystko złoto, co na prąd

Jednak nie ma róży bez kolców. Europejscy konsumenci, choć coraz bardziej otwarci, wciąż mają konkretne obawy. Na czoło wysuwają się trzy rzeczy: cena, zasięg i trwałość baterii. Dla 37% badanych to właśnie wysoki koszt pozostaje największą przeszkodą. Zaraz za nim plasuje się autonomia pojazdu (36%) oraz niepewność co do żywotności baterii (35%).

Nio ET5 - tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo
Nio ET5 – tył, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Do tego dochodzi coś trudniejszego do zmierzenia — wizerunek. Dla starszych kierowców „chińska marka” to wciąż synonim nieznanego, a niektórzy wolą nie ryzykować. W Niemczech czy Szwajcarii, gdzie lokalne marki trzymają się mocno, chińskie logo na masce może być traktowane jak egzotyczny eksperyment. Z kolei w krajach skandynawskich jest odwrotnie — w Danii i Szwecji ludzie patrzą bardziej na funkcję niż na metkę.

Zeekr 007 GT - przód
Zeekr 007 GT – przód

Młodsze pokolenie i neutralna Wielka Brytania

To właśnie młodsi konsumenci wybijają się na tle innych. W grupie wiekowej 35–44 lat aż 59% respondentów planuje zakup elektryka do 2028 roku — i co ważne, wielu z nich nie przejmuje się krajem pochodzenia pojazdu. Dla tej generacji liczy się wygoda, technologia, design — a nie paszport producenta.

Zobacz także: Chiński hit za 115 tys. zł? Jest haczyk, który wkurza wielu właścicieli. Omoda odrzuca reklamacje

Jeszcze ciekawiej wypada Wielka Brytania, gdzie aż 59% badanych twierdzi, że kraj pochodzenia auta nie ma dla nich żadnego znaczenia. To spory kontrast w stosunku do reszty Europy kontynentalnej. Czy to kwestia przyzwyczajenia do globalnych marek, czy może po prostu zmęczenia stereotypami? Trudno powiedzieć. Ale dla chińskich producentów to wyraźny sygnał: są miejsca, gdzie da się wejść z buta i zostać, o ile produkt się broni.

Źródło: motofilm.pl