Jeszcze niedawno na hasło „chiński samochód elektryczny” wielu Europejczyków reagowało uniesieniem brwi, jeśli nie pełnym niedowierzaniem. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej — a przynajmniej tak twierdzi nowe badanie zlecone przez Zeekr, jednego z chińskich producentów aut na prąd. I chociaż można mieć swoje zdanie o badaniach zamawianych przez zainteresowanych, trudno przejść obojętnie obok liczby: aż 38% respondentów deklaruje większą otwartość na „chińczyki” niż zaledwie rok temu. Co się zmieniło? Przede wszystkim — technologia.
Przewaga technologiczna widoczna gołym okiem
Zerknijmy na konkretne modele. XPeng G9 ładuje się z mocą ponad 300 kW, czyli prawie dwa razy szybciej niż popularna w Europie Skoda Enyaq. To już nie są tanie podróbki Tesli — chińskie auta zaczynają wyznaczać tempo. Nio z kolei proponuje rozwiązanie, które w Europie brzmi prawie jak magia: wymienną baterię. Nie ładujesz — po prostu wymieniasz w kilka minut i jedziesz dalej.
Zobacz również
Zebrał 737 zamówień w Polsce i nikt nie przejmuje się jakimś „żółwikiem”. Skoda nie będzie zadowolona
Jest o 15 tys. zł tańszy od Toyoty Yaris Cross i oferuje większy bagażnik. Polacy szybko się przekonują
Ta stylowa limuzyna jest dziś tańsza o 60 tys. zł. „Cena bez dwójki z przodu”, a osiągi z wysokiej półkiZobacz także: Zajechał chińskim autem do ASO pierwszy raz po 95 tys. km. Nie spodziewał się takiego rachunku

Nie dziwi więc, że ponad połowa (dokładnie 53%) obecnych właścicieli aut elektrycznych rozważa zakup pojazdu z Chin. To osoby, które nie kupują kota w worku — już wiedzą, czym jest e-mobilność, i wybierają konkretnie: parametry, funkcje, doświadczenie.
Ale nie wszystko złoto, co na prąd
Jednak nie ma róży bez kolców. Europejscy konsumenci, choć coraz bardziej otwarci, wciąż mają konkretne obawy. Na czoło wysuwają się trzy rzeczy: cena, zasięg i trwałość baterii. Dla 37% badanych to właśnie wysoki koszt pozostaje największą przeszkodą. Zaraz za nim plasuje się autonomia pojazdu (36%) oraz niepewność co do żywotności baterii (35%).

Do tego dochodzi coś trudniejszego do zmierzenia — wizerunek. Dla starszych kierowców „chińska marka” to wciąż synonim nieznanego, a niektórzy wolą nie ryzykować. W Niemczech czy Szwajcarii, gdzie lokalne marki trzymają się mocno, chińskie logo na masce może być traktowane jak egzotyczny eksperyment. Z kolei w krajach skandynawskich jest odwrotnie — w Danii i Szwecji ludzie patrzą bardziej na funkcję niż na metkę.

Młodsze pokolenie i neutralna Wielka Brytania
To właśnie młodsi konsumenci wybijają się na tle innych. W grupie wiekowej 35–44 lat aż 59% respondentów planuje zakup elektryka do 2028 roku — i co ważne, wielu z nich nie przejmuje się krajem pochodzenia pojazdu. Dla tej generacji liczy się wygoda, technologia, design — a nie paszport producenta.
Zobacz także: Chiński hit za 115 tys. zł? Jest haczyk, który wkurza wielu właścicieli. Omoda odrzuca reklamacje
Jeszcze ciekawiej wypada Wielka Brytania, gdzie aż 59% badanych twierdzi, że kraj pochodzenia auta nie ma dla nich żadnego znaczenia. To spory kontrast w stosunku do reszty Europy kontynentalnej. Czy to kwestia przyzwyczajenia do globalnych marek, czy może po prostu zmęczenia stereotypami? Trudno powiedzieć. Ale dla chińskich producentów to wyraźny sygnał: są miejsca, gdzie da się wejść z buta i zostać, o ile produkt się broni.
Źródło: motofilm.pl



