Nawet po wprowadzeniu rabatu 50 tys. zł chętnych na tę „pięćsetkę” w Polsce będzie niewielu

Abarth 500e nie ma łatwego życia. Sprzedaż "pięćsetki" jest marginalna – kupujących, nawet w jej rodzimym kraju, jest jak na lekarstwo.

Nowa „pięćsetka” od Abartha nie ma łatwego życia. Od początku zainteresowanie tym elektrycznym modelem jest znikome, choć poprzednia generacja zdobyła wielu fanów nawet poza Włochami. Już w marcu zeszłego roku informowałem, że sprzedaż Abartha 500e jest marginalna – kupujących, nawet w jej rodzimym kraju, jest jak na lekarstwo. Czy ogromny rabat w wysokości 50 tys. zł pomoże zwiększyć sprzedaż? Obawiam się, że też nie.

Abarth 500e to piękne auto

Wydawałoby się, że tak stylowy samochód jak Abarth 500e szybko znajdzie masę klientów – zresztą to miał być hit. W końcu jest jedyny w swoim rodzaju, świetnie wyposażony i oferuje nietypowe rozwiązania technologiczne. Jednym z nich są głośniki emitujące dźwięk silnika na zewnątrz.

Abarth 500e Turismo
Abarth 500e Turismo, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Niestety, mała bateria o pojemności 37,8 kWh sprawia, że 500e jest wyjątkowo nieefektywne. Teoretyczny zasięg w cyklu miejskim to 360 km, ale w praktyce – jak pokazał mój test – maksymalnie 240 km. Na trasie przy 120 km/h zasięg wynosi 190–200 km, a na autostradzie jedynie 160 km. Można by powiedzieć: „przecież są szybkie ładowarki”, ale tu pojawia się kolejny problem. Abarth ładuje się bardzo wolno – zamiast deklarowanych 85 kW, średnio przyjmuje 50–60 kW. Na taki postój trzeba więc przeznaczyć nawet 40-50 minut.

Abarth 500e Turismo
Abarth 500e Turismo, fot. Sebastian Rydzewski, motofilm.pl / TVN Turbo

Największą bolączką Abartha 500e jest jednak jego cena. Przez dwa lata importer próbował sprzedawać go za ponad 200 tys. zł (!), a testowany przeze mnie egzemplarz kosztował aż 209 tys. zł. To kwota nie do zaakceptowania za samochód, który na autostradzie przejedzie niewiele ponad 100 km.

Abarth w końcu zdał sobie z tego sprawę, dlatego teraz oferuje nawet 50 tys. zł rabatu na nowe egzemplarze „od ręki”. Cena spada więc do 150–160 tys. zł (w zależności od wyposażenia), a z dopłatą dla przedsiębiorców – do około 130 tys. zł. Czy to wystarczy? Szansa na sprzedaż wzrośnie, ale minimalnie – w międzyczasie pojawił się kolejny problem.

Konkurencja nie daje mu szans

Rynek aut elektrycznych w Polsce rozwija się w błyskawicznym tempie. W segmencie miejskich elektryków w stylu Abartha 500e wybór jest dziś ogromny. Nawet znacznie większe Mini Aceman – równie stylowe – kosztuje katalogowo 161 500 zł, czyli tyle co Abarth po rabacie. A uwierzcie mi, że w salonach można wynegocjować jeszcze lepszą cenę.

Mini oferuje nie tylko większą baterię (42,5 kWh), ale także lepszy zasięg, mocniejszy silnik (184 KM) i bardziej efektywne zużycie energii – średnio 15 kWh/100 km. Jest jeszcze mnóstwo innych aut – również z Chin – które wypadają korzystniej niż Abarth.

Mini Aceman - przód, fot. Mini
Mini Aceman – przód, fot. Mini

Obecny rabat na Abartha 500e nie sprawi, że ludzie tłumnie ruszą do salonów. A szkoda, bo to naprawdę piękne auto, które daje frajdę z jazdy. Może gdyby jego cena spadła do 130 tys. zł, a z dopłatą – do 90-100 tys. zł, ludzie zaczęliby go rozważać. Bo wizualnie robi wrażenie i chciałbym go częściej spotykać.

Źródło: motofilm.pl

Abarth 500e, oferta dealera, fot. motofilm.pl
Cena katalogowa 215900 zł brutto. Cena promocyjna 155448 zł brutto