Chińskie marki szturmem zdobywają polski rynek, oferując coraz większy wybór samochodów. Wśród nich znajdziemy BAIC, BYD, MG, Jaecoo czy Omodę, ale też wiele innych których nie wymieniłem – i niemal każdy ma w ofercie SUV-a. Jak się okazuje, niektóre mogą przysporzyć więcej problemów niż radości, zwłaszcza gdy dojdzie do kolizji. Zainteresowałem się jednym z takich aut po tym, jak zobaczyłem „nówkę” oferowaną przez dealera w Łodzi. Chodzi o Seresa 3. Cena? 99 900 zł (przy katalogowej wartości 187 500 zł). A jeśli skorzystasz z dotacji, finalnie zapłacisz nawet 59 tys. zł brutto. Taka obniżka brzmi kusząco, ale nie jest tak kolorowo jak się wydaje.
Elektryczny SUV, którego lepiej unikać, jeśli cenisz spokój
Seres 3 na pierwszy rzut oka nie wygląda źle. Jest całkiem estetyczny, dobrze wyposażony – ma system kamer 360 stopni, wbudowany rejestrator jazdy, podgrzewane fotele i skórzaną tapicerkę. Trudno więc nazwać go „golasem”. Problem w tym, że przy cenie 187 500 zł nie miał większych szans na sukces. Dlatego nowy egzemplarz z 2022 roku jest teraz niemal o połowę tańszy.
Zobacz również
Marka Seres wycofała się z rynku w marcu 2024 roku, ale samochody pozostały. Niektóre egzemplarze czekają na nabywców już czwarty rok. Czarna sztuka, którą zobaczyłem w salonie obok Mitsubishi Eclipse Cross, może kusić – w końcu to nowy samochód (choć z 2022 roku), do tego całkiem dynamiczny – ma 163 KM i przyspiesza do 100 km/h w 8,9 sekundy. Zresztą, zobaczcie sami.

Problemy zaczynają się przy codziennym użytkowaniu
Zgodnie z niezależnymi testami, realny zasięg Seresa 3 to jedynie 230-250 km, choć nawet gdyby było to deklarowane 329 km, to też jest to wynik bardzo słaby. Akumulator o pojemności 53 kWh wymaga ładowania bardzo często, ale problemem jest także sama szybkość ładowania. Auto obsługuje maksymalnie jedynie 60 kW (w sprzyjających warunkach), przez co każde „szybkie” ładowanie trwa minimum godzinę.
To jednak nic w porównaniu z tym, co może się wydarzyć podczas eksploatacji. Miałem okazję porozmawiać z właścicielem wypożyczalni, który ma pięć takich aut. Jego wnioski? Jeśli dobrze trafisz, Seres, „będzie śmigał”. Z pięciu pojazdów trzy działają, ale dwa ciągle się psują.
Jeździłem chińskim SUV-em Jaecoo J7 za 139 900 zł. Poprawnie czytamy „dżejKU”
W jednym z aut pękła tapicerka. Gwarancja była, ale importer nie był w stanie pomóc, więc właściciel musiał samodzielnie znaleźć serwis i pokryć koszty, które później zostały mu zwrócone. Można się spodziewać, że z innymi częściami na gwarancji będzie podobnie – jeśli coś się zepsuje, będziesz musiał sam szukać odważnego, który to naprawi. Inne auto brało udział w kolizji i od tej pory czeka w serwisie na części. A to zdarzyło się w maju 2024 roku. Dlaczego? Importer od 10 miesięcy nie może dostarczyć fotela. Jeden już dotarł, drugi – podobno – jest w drodze, ale nikt nie wie, kiedy dojedzie.

Jak widać, niektóre chińskie auta mogą zostać uziemione na wiele miesięcy z powodu braku części. Nie dotyczy to jednak wszystkich marek. Baic czy MG budują magazyny części w Europie, by zminimalizować czas oczekiwania do 3-7 dni. Ale za to inne chińskie SUV-y dostępne w Polsce, jak Hongqi, mogą zaskoczyć właścicieli wysokimi cenami części zamiennych.
Wnioski? Kupuj z głową
Nie mam nic przeciwko chińskim samochodom – wiele z nich pod względem jakości przewyższa europejskie modele. Ale nie daj się zwieść niskiej cenie. Może się okazać, że oszczędności na zakupie szybko obrócą się w straty, a zamiast jeździć, będziesz miesiącami czekać na naprawę.
Źródło: motofilm.pl, link do ogłoszenia






