Tesla to ciągle rozwijająca się marka, która zajmuje się niewielką produkcją w pełni elektrycznych sportowych samochodów. Niestety jak widać, nie tylko Ferrari staje w płomieniach, ale i inni producenci powtarzają ten schemat. Podobno naśladownictwo to najwyższa forma uznania i tym razem na taki incydent pokusiła się Tesla.

Cała sytuacja rozegrała się wczoraj, gdy były już posiadacz Tesli Model S brał udział w stosunkowo niegroźnej kolizji. Jednak ku zdziwieniu kierowcy pojazd nagle stanął w płomieniach, więc oprócz telefonu na policje przydał się również i na straż pożarną.

Czytając informacje o podobnych wypadkach wiemy, że są one dość powszechne i na pewno strażacy też już do tego przywykli, jednak tutaj czekała na nich pewna niespodzianka. Auto w końcu jest elektryczne i trzeba było użyć nieco innych substancji gaśniczych. Z informacji wynika, że ekipa miała problem z wciąż palącą się baterią i aby zrobić swoje musieli rozciąć samochód.

Na szczęście kierowca nie odniósł żadnych obrażeń, a jedyną jego stratą była płonąca Tesla Model S.

Mówi się, że każdy medal ma dwie strony i każda sytuacja ma jakieś plusy. W tym wypadku ciężko o taki, ale jednak się da. Obecnie wiadomo, że mechanicy fachowcy w naszym kraju dokonują napraw samochodów, których konstrukcja została na tyle poważnie naruszona, że nie powinna być naprawiana. Wygląda na to, że system Tesli uniemożliwi takie działania, co może spowodować spadek liczby śmiertelnych wypadków na naszych drogach.

Może każdy producent powinien zainteresować się samozapłonem auta po wypadku?