And we are back. Jak wiecie z poprzedniej relacji, wybrałem się na zaproszenie Bridgestone do Hiszpanii na luksusowy tor wyścigowy Ascari Race Resort. Jeśli uważnie przeczytaliście pierwszą część, wiecie też, że nie wszystko szło zgodnie z planem…

Utknęliśmy na lotnisku w Paryżu. Nasz samolot odjechał (nie, nie odleciał) nam dosłownie sprzed nosa. Znacie te uczucie, kiedy ucieknie wam autobus? Gdy pomnożycie to razy 10, może poczujecie to samo, co my.

No nic. Zamiast rozpaczać trzeba działać. Gdy już chwilę odpoczęliśmy, ruszyliśmy się w kierunku jakiejś informacji. Dotarliśmy tam. Oczywiście, gdybyśmy tam dowiedzieli się wszystkiego, całość byłaby zbyt prosta. Odesłano nas do innego miejsca, potem z powrotem do tego – tylko po to, żeby znowu dowiedzieć się, że to tamci mają te uprawnienia. No żesz…

Trafiliśmy wreszcie tam, gdzie żegnamy się z naszym bagażem głównym. Bardzo ładna pani po naszej uprzejmej prośbie sprawdzała, co może z nami począć. Okazało się, że najbliższy lot do Malagi (czyli naszego miejsca docelowego) odlatuje po 20. Spoko luz, poczekamy. Chodziło jednak o to, że nie do końca było na co. Wszystkie miejsca na jego pokładzie były już zarezerwowane.

Ok, szukajmy alternatywnych połączeń. Było kilka pomysłów – również z użyciem superszybkich pociągów, prywatnego odrzutowca, wynajętego auta czy chyba trzech przesiadek. W grę wchodziła jeszcze inna możliwość – powrotu do Warszawy. Wieczorny lot z powrotem też był zapchany, więc musielibyśmy nocować w Paryżu. W zasadzie to nie była taka zła opcja. Ale Ascari…

Po kilkunastu minutach miła pani powiedziała, że niestety ona już kończy pracę. Przejęła nas jej koleżanka, która podobnie jak poprzedniczka, nie zrobiła nic. W końcu i ona oświadczyła, że jej zmiana dobiegła końca. Do trzech razy sztuka. Wreszcie trafił się nam ktoś ogarnięty i gdy już zaczynaliśmy wątpić w powodzenie misji Ascari, coś się wreszcie udało. Pani wraz z Przemkiem, który non stop wisiał na telefonie, ustaliła, że miejsca są. Problem był tylko jeden – my lecieliśmy economy, a wolne były w business.

Na szczęście udało się przebookować bilety i po ponad dwóch godzinach wreszcie wiedzieliśmy, co dalej z nami będzie. Gorzej z bagażami moimi i Piotrka. Walizka bez pasażera podobno sama polecieć dalej nie może, wiec pozostawała tylko kwestia tego, czy nam je bez problemu przepakują.

Pora obiadowa, więc w tym właśnie celu udaliśmy się na zasłużony posiłek, podczas którego dało o sobie znać zmęczenie. W pałaszowaniu nie przeszkodziła nam nawet mysz, która przebiegła po podłodze. Po obiedzie, kawie i ciastku postanowiliśmy ewakuować się do lepszego miejsca.

Charles De Gaulle

Z racji posiadania biletu w klasie business, mieliśmy dostęp do specjalnej poczekalni – z darmowym internetem, żarciem i gniazdkami. Podłączył się więc każdy, kto mógł i siedzieliśmy w ciszy sprawdzając fejsbunia. Tak zleciały kolejne godziny i wreszcie trzeba było iść do samolotu. Skłamię, jeśli powiem, że ruszyliśmy z zapałem. Fotele były tak wygodne, jedzenie dobre, a internet i gniazdka nie do przecenienia… Ale Ascari! Tak naprawdę raczej nikt o nim nie myślał. Jedyne, co nam siedziało w głowach, to jak najszybsze znalezienie się w hotelu.

I tak oto siedzieliśmy na pokładzie samolotu, który przetransportował nasze na wpółmartwe ciała do Malagi. Wylądowaliśmy punktualnie, co w zasadzie mieliśmy już gdzieś – żadnego samolotu do złapania już nie było. Szurając stopami po ziemi udaliśmy się po odbiór bagażu mojego i Piotrka. Oczywiście ja z tej dwójki okazałem się pechową osobą. Mimo oczekiwania i wpatrywania się w taśmociąg, moja walizka jakoś nie miała zamiaru się pojawić. Szlag by to…

Po spisaniu specjalnego protokołu dostałem przeuroczą torebkę z przydatną zawartością. Znalazł się tam t-shirt w na szczęście dobrym rozmiarze i kosmetyczka z paroma rzeczami. Przydatne, bo swoje miałem w bagażu główny, który był… gdzieś.

Tego, co mijaliśmy w drodze z lotniska w Maladze do hotelu niedaleko Estepony (około 70 km) nie wymienię z dwóch względów: a) było ciemno i jechaliśmy tylko autostradą b) była 1 w nocy, a ja od 3:30 poprzedniego dnia na nogach, więc no cóż – spałem.

A właśnie – co nas ominęło z powodu kilkugodzinnego spóźnienia. Otóż zjedzono bez nas cudną kolację prawie na plaży, w promieniach ciepłego, zachodzącego słońca. Można tam było nawet porozmawiać na zupełnym luzie z byłym kierowcą F1, Stefano Modeną. My w tym czasie siedzieliśmy w Paryżu…

Poszedłem spać koło 2 w nocy, ustawiając przedtem budzik na 7:30. Ciężkie życie…

Kempinski Bahia Hotel

Witamy, to wciąż ten sam dzień! Kilka godzin snu, ale mimo to obudziłem się łatwo i bez większego problemu ogarnąłem. Pulsowała we mnie chęć przygody i cały czas przez głowę przewijało mi się jedno słowo – Ascari, Ascari, Ascari, Ascari… Matko, zaraz tam pojadę!

Po szybkim śniadaniu udaliśmy się do autobusów. Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry były bardzo ok, fajne widoki i w ogóle takie tam… Nagle jednak okazało się, że serpentyny pokonywane w bujającym się na każdą stronę autokarze, siedząc dodatkowo w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy, nie były tym, o czym marzył mój żołądek. Tutaj kończy się moja relacja z tego etapu podróży. Szczegółów wam oszczędzę i tak, możecie być za to wdzięczni.

Wysiedliśmy z autokaru. Przy akompaniamencie jakże troskliwych komentarzy na mój temat, rozejrzałem się dookoła. Tak, właśnie w tym momencie spełniło się jedno z moich motoryzacyjnych marzeń. Jakiś czas temu pisałem artykuł na temat tego toru i wtedy się w nim zakochałem. To pokaz świetnego wykorzystania pieniędzy, zrobienia tego ze smakiem i pasją. Po co kupować kolejną willę? Lepiej zbudować wyjątkowy tor wyścigowy w przepięknym miejscu!

Ascari Race Resort

Ale chwila, jeszcze w sumie nie powiedziałem, dlaczego się tutaj w ogóle znaleźliśmy. Bridgestone (tak, ci od opon) zaprosiło nas abyśmy mogli przetestować ich opony RE002 Adrenalin. Robienie takiej prezentacji w mieście nie miałoby większego sensu, ponieważ nie poczulibyśmy tam tak dobitnie wszystkich zalet tej gumy. Zaproszono więc 60 blogerów/dziennikarzy z Europy, żeby sprawdzić, czy Adrenalin to naprawdę dobra opona.

Muszę przyznać, że sprawdziliśmy. I to dobitnie. O tym jednak dowiecie się z następnej części 😉 Czekajcie, bo warto!

PS. Ze względów opisanych powyżej, pierwsze zdjęcia z galerii nie są mojego autorstwa.

Mateusz Pietruszka