Wszystko zapowiadało się w zasadzie standardowo. Wylot, wizyta na torze, powrót. Gdy do tych trzech wyrazów dodacie słowo „problemowe”, dostaniecie rzeczywisty obraz tego, co działo się w czasie mojego wyjazdu.

Dokąd? Do Hiszpanii. W celu? Jazda po torze. Jakim? Najbardziej luksusowym na świecie – Ascari Race Resort. Gdyby tory wyścigowe miały taki sam system oceny standardu jak hotele, ten miałby maksymalną ilość gwiazdek. Król się bawi, złotem płaci, co nie? Zacznijmy jednak od początku.

Godziną 0, kiedy cała wyprawa się rozpoczęła (tzn. dla mnie), była… 3:30. Dokładnie o tej zadzwonił mój budzik bezlitośnie informujący o tym, że czas się zwlec z łóżka. Zawsze po jego ingerencji w mój sen (a szczególnie o tej porze), trzęsą mi się ręce – jeśli ktoś wie, może to jakaś choroba, niech napisze w komentarzach. Robię więc sobie kanapki, czas mija, kurde, jak ja nie lubię tak wcześnie wstawać. Potem jeszcze ten pociąg… Klasycznym dla siebie „o jaaaaa…” zamknąłem drzwi i wyszedłem półprzytomny z domu.

Gdybym jednak wiedział ile rzeczy pójdzie później nie tak, skakałbym z radości, że trafiłem kluczem w dziurkę i w paręnaście minut później znalazłem się w pociągu, który punktualnie ruszył w kierunku Warszawy. Zdziwiony tym, że o tej godzinie jest już tak jasno, patrzyłem się tępo w migające obrazy za oknem – nie wiedząc o moich późniejszych problemach z transferem na tor.

PKP

Na Centralnej mała zmiana i z PKP przesiadam się na SKM, która tylko z nazwy jest szybka. W mniej więcej żółwim tempie dotaczam się do „Łorsoł Szopen Ejrport”. Wysiadam, by za chwilę w gąszczu jakichś remontów znaleźć się z walizką na mrozie i delikatnie prószącym z nieba śniegu. W myślach powtarzam sobie tylko to, że przecież w Hiszpanii, do której za chwilę wylecę będzie ciepło i słonecznie. Gdybym jednak wiedział, że…

Na lotnisku spotykam się z Piotrkiem z Autokultu i nie czekając na pewnego obiboka z blogomotive.pl, ruszamy na odprawę. Przechodzimy przez szczegółową kontrolę i zajmujemy miejsce przy naszej bramce. Otwieram swojego laptopa, wprowadzam ostatnie poprawki do tekstów i śmieję się z Piotrka, że on elektronikę ograniczył do minimum. Gdybym tylko wiedział, że później laptopa nie otworzę nawet na sekundę – czyli dokonam czegoś, co mi samemu wydawało się być niemożliwym.

Lotnisko Chopina

Wkrótce dołącza do nas wspomniany Blogo – taki nieogolony osobnik, który niczym japoński turysta, fotografuje wszystko, co się tylko da. Nie przeszkadzają mu nawet służby porządkowe lotniska, które zadają sobie pytanie, jakim cudem te skośne oczy dało się tak wyprostować. Ja tymczasem nadal delektuję się bezprzewodowym internetem, który za chwilę się kończy i każe mi żebrać u innych pasażerów karty pokładowe umożliwiające korzystanie z tego dobrodziejstwa.

15 minut przed 10 ładujemy się do samolotu. Ostatnie telefony, zajmujemy miejsca, zapinamy pasy. Za oknami panuje zima, a zielona trawa to coś, o czym zapomnieliśmy już dawno. To nic. Czy aby na pewno? Właśnie nie… Samolot trzeba było odladzać. Gdy tylko się o tym dowiedzieliśmy, przypomnieliśmy sobie, że na przesiadkę w Paryżu mamy 40 minut. „Eeee tam, będzie lajtowo, ten stracony czas nadrobimy w powietrzu”. Gdybym wiedział, co stanie się dalej, nie siedziałbym teraz tak spokojnie i nie denerwował się tylko słabym wynikiem w Angry Birds.

Wnętrze samolotu

Nasz czas przez odladzanie stopniał do około 20 minut. Nie, nigdy dotąd nie przywiało mnie do Paryża na lotnisko Charles’a De Gaulle’a. Nie wiedziałem więc, że jest aż tak wielkie. Hmm… zaczyna się robić nieciekawie… Ja i Piotrek, jak takie dwa żółtodzioby, oddaliśmy swój główny bagaż przy odprawie. To był pierwszy błąd tej wycieczki. Byliśmy jednak pełni nadziei, że Francuzi zdążą je przepakować do samolotu lecącego z nami na pokładzie do Malagi.

Jak już wspomniałem, te paryskie lotnisko jest przeogromne. Po wylądowaniu mieliśmy więc spory kawałek do przejechania. Zajęło to trochę więcej niż 10 minut. Szczerze mówiąc, zapomniałem o swoim głównym bagażu. Blogo w międzyczasie skumał się z pozostałą częścią ekipy lecącą w tym samym celu i wykorzystując fakt, iż siedział bliżej przodu, wybiegł razem z nimi. My z Piotrkiem musieliśmy się trochę przepychać. Uff, udało się! Jesteśmy w rękawie. Teraz… co dalej… Naszego egoistycznego kolegi nie było widać, więc ja objąłem prowadzenie. Ruszyliśmy na początku szybszym krokiem w jakimś kierunku. Jakimś to dobre słowo, bo szczerze mówiąc nie wiedziałem do końca, jak mam iść. W myślach miałem tylko oznaczenie naszego terminalu 2D…

Przed wylotem wpisałem w Google grafika frazę „lotnisko Charles De Gaulle mapa”. Na ekranie komputera wszystko wyglądało pięknie. 2F, 2D – obok siebie. Lepiej być nie może. Jak się jednak okazało, terminale te były oddalone od siebie dosyć znacznie. Co więcej, żeby przejść z jednego do drugiego, konieczne było wyjście na główną halę lotniska. Z tym wiąże się obowiązek przejścia kolejnej kontroli osobistej. Gdy tylko znaleźliśmy się tuż pod drzwiami wypuszczającymi nas do Paryża, momentalnie zrobiło mi się gorąco. Kuźwa, coś zj****m.

Mapa Paris Charles De Gaulle Airport

Nie wiedzieliśmy, która jest godzina. Po prostu nie spoglądaliśmy na zegarki. Piotrek z resztą mógł na swój patrzeć – przy wysiadaniu z samolotu w coś nim uderzył i wskazówki stanęły na godzinie „10 minut po lądowaniu”. Z głowami podniesionymi do góry, wyszukiwaliśmy tylko i wyłącznie tablic z napisem 2F. Gdy pytaliśmy kogoś z obsługi lotniska skąd dokładnie ma odlecieć samolot, dołączyła do nas Karolina z polskiego Top Gear’a. Czasu na powitania nie było. Polecieliśmy niczym strzały w doradzonym kierunku. Zdążymy, czy nie…

Brutalnie wepchnęliśmy się w kilkuosobową kolejkę oczekujących na kontrolę osobistą i po parunastu metrach biegu dostrzegliśmy nasz samolot linii Air Europa, który właśnie odjeżdżał od rękawa. Natomiast przy wejściu do bramki siedziała cała nasza ekipa – łącznie z Blogo, który próbował się do mnie dodzwonić.

Zziajani, spragnieni i zdenerwowani. Tak wyglądałem ja, Karolina i Piotrek. Wystarczyło 10 minut wcześniej przylecieć i zamiast patrzeć na odjeżdżający samolot, znaleźlibyśmy się w nim. Drodzy czytelnicy – rada dla was na przyszłość. 40 minut na przesiadkę szczególnie na tak wielkim lotnisku to rzecz, której nie życzę nawet swojemu największemu wrogowi. I zapamiętajcie jeszcze jedno – między terminalami 2F i 2D na tym paryskim lotnisku, jest co najmniej ****** 800 m!

Cóż. Aby ochłonąć, przedstawię Wam naszą ekipę. Karolina z Top Gear, Kaśka z motocaina.pl, Łukasz z Motor/Auto Moto, Piotrek z autokult.pl, Przemek z Bridgestone no i Rafał z blogomotive.pl. Jak się okazało, dane na było zostać razem na dobre i na złe… O tym jednak w kolejnej części. Kończę więc tę opowieść komiksowym cdn… Wybaczcie brak zdjęć przy ostatnich paragrafach, ale sami wiecie, że wtedy co innego było priorytetem 😉

Mateusz Pietruszka

2 komentarze

Komentowanie zostało wyłączone.