Nowy Mercedes Klasy A„Małe jest piękne” –prawdopodobnie w ten sposób kierownictwo Mercedesa myślało o swoim najmniejszym modelu przez ostatnie 15 lat. Gdy pokazano pierwszą A-klasę wielu z nas zastanawiało się czy to aby przypadkiem nie żart. Krótka, wysoka i taka… sympatyczna. Nic dziwnego, że od razu przylgnęło do niej pieszczotliwe określenie: „Baby Benz”. Siedem lat później przedstawiono światu kolejną generację tego modelu. Wówczas mówiło się o ewolucji – autko było przestronniejsze, wygodniejsze i jeszcze… nudniejsze. I nie za wiele pomogła „usportowiona” trzydrzwiowa odmiana – ten model kupowano bardziej rozumem, niż sercem.

Jednak to wszystko może się zmienić dzięki najnowszej odsłonie, którą poznaliśmy w tym roku w Genewie. Wygląda jak milion dolarów, ale czy równie dobrze się nią jeździ? Aby to sprawdzić udaliśmy się do słoweńskiej Lublany, aby wziąć udział w pierwszych dziennikarskich testach drogowych nowej Klasy A. Jak było?

Dobrze – na starcie wytłumaczę się z tego miliona dolarów. W ten sposób określam samochody, na widok których przysłowiowo mnie zatyka. Zapytany do tego o pierwsze wrażenie nie umiem wydusić z siebie nic inteligentniejszego niż: „wow”. Taki samochód musi mieć swój styl i charakter. Dlatego zawsze decydujące jest pierwsze 5 sekund.

W przypadku tego Mercedesa wyglądało to tak: 5 sekund, 10, 20, 30, minuta… i nadal stałem wpatrzony. Gdyby nie briefing przed jazdami pewnie sterczałbym tam w słońcu jeszcze z dobrą godzinę. Jak dla mnie obłęd na kołach. Z poprzednikiem nie ma praktycznie nic wspólnego. Nareszcie ani śladu po vanowatej sylwetce, nowa generacja jest dłuższa, szersza i o dobre kilkanaście centymetrów niższa.

Często słyszę, że jakieś auto nawet stojąc wygląda dynamicznie. Tutaj akurat to prawda. Nie przypomina mi żadnego przyczajonego tygrysa – nic z tych rzeczy. Ale mocne przetłoczenia na drzwiach oraz długi, masywny przód od razu rzucają się w oczy. A-klasa w końcu ma maskę z prawdziwego zdarzenia, a co lepsze doczekała się wreszcie potężnego grilla. Teraz wygląda jak dorosły Mercedes, więc mówienie o niej „Baby Benz” jest już trochę nie na miejscu.

Tym bardziej jeśli zajrzymy do wnętrza. Pamiętam jak dziś (a było to dobre 13 lat temu) pierwszy kontakt z A140: otwierasz drzwi, wdrapujesz się dziwnie wysoko na płaskie krzesło, a przed Tobą rozpościera się morze plastiku. Mając to w głowie uchyliłem drzwi do nowej Klasy A.

Na pierwszy ogień poszedł fotel – opadłem w wygodny „kubełek”, który zamontowano przyjemnie nisko nad ziemią. Zamknąłem drzwi. Od razu zwróciłem uwagę na wysoko poprowadzoną linię okien. Są one dość wąskie, co niektórych może przytłoczyć i zaczną narzekać na słabą widoczność. Ja się raczej ucieszyłem, bo nigdy nie przepadałem za samochodami-akwariami. Od wpuszczania światła jest za to duże okno dachowe, które można również w całości otworzyć.

Projekt kokpitu jest podobny do tego, który poznałem w B-klasie. Zastosowano w nim bardzo dobrej jakości materiały, które spasowano ze sobą z pedantyczną dbałością. Bardzo ładne są retro-nawiewy powietrza. Ciut mniej podoba mi się odstający z deski rozdzielczej ekran infotainmentu. Nie jest on w żaden sposób schowany, co niestety w naszych realiach może oznaczać, że prędzej czy później ktoś niepożądany może go schować do swojej kieszeni…

Z obsługą nie mamy większych kłopotów. Wszystko rozplanowano logicznie i całkiem wygodnie. Są niezbędne uchwyty na picie, schowki posiadają przyzwoitą pojemność. Pod prawą ręką mamy multifunkcyjne pokrętło, którym ogarniamy 90% potrzebnych nam rzeczy. Wersje z automatyczną skrzynią biegów tradycyjnie już dla tej marki mają lewarek skrzyni przy kierownicy. Podobną tradycją są kierunkowskazy, wycieraczki i hamulec ręczny po lewej stronie kolumny.

Za największy plus kabiny uznałbym świetną pozycję za kółkiem. Kierownica jest „mięsista” i mała, a fotel bardzo wygodny. Sytuacja polepsza się jeszcze po zamówieniu opcjonalnego pakietu wyposażenia AMG. Wówczas we wnętrzu pojawią się liczne przeszycia czerwonymi nićmi, co fajnie pasuje do usportowionego wizerunku całego modelu.

Spytacie co mi się nie podobało? Chyba jedynie ilość miejsca na tylnej kanapie: o ile z umieszczeniem nóg nie miałem większych kłopotów, o tyle podpieranie głową sufitu nie było już za przyjemne. Bagażnik ze swoimi 341-litrami pojemności wypada przeciętnie, pozwalając jednak zabrać rzeczy na weekend za miastem.

Podczas prezentacji skupiłem się na dwóch silnikach: co chyba dość zrozumiałe na topowej benzynie (A250) oraz na większym z dwóch oferowanych diesli (A200 CDI). Producent nie ukrywa, że większość sprzedaży w Polsce przypadnie na podstawowe odmiany 180 (zarówno diesel, jak i benzyna), ja jednak sugeruję zastanowić się nad moim wyborem.

W przypadku wersji wysokoprężnej dopłacając do ceny bazowego diesla raptem 6.5 tys. zł urywamy aż dwie sekundy w sprincie od 0 do 100 km/h (11.3 vs. 9.3 s). Do tego 300 Nm czeka na nasze rozkazy w zakresie 1600–3000 obr./min, dzięki czemu nieduża A-klasa staje się całkiem żwawym kompanem na trasie. Do właściwości tego silnika pasuje także siedmiobiegowy automat, a co najważniejsze, dobre wyciszenie kabiny pozwala zapomnieć, że z przodu pracuje jednostka na ropę.

Dobrze, teraz pora się wytłumaczyć z namawiania na benzynową A250 (od 124 tys. zł) zamiast A180 (89 tys. zł). Wiem – przepaść cenowa rozmiarów Wielkiego Kanionu. Jednak rzut oka w dane techniczne, a jeszcze dokładniej w sekcję „osiągi” być może uzasadni taką dopłatę. 6.6 sekundy – tyle potrzeba topowej wersji na osiągnięcie pierwszych 100 km/h. Robi to z taką łatwością, że przez dłuższą chwilę miałem wrażenie, że pod prawą stopą mam więcej niż 210 KM.

Podczas prób torowych na pobliskim lotnisku udostępniono nam wersję A250 Sport, przy której „grzebali” ludzie z AMG. Efekt był taki, że po skończonych jazdach siłą wyciągano mnie zza kierownicy. Czemu? Sportowy wydech, banalnie proste prowadzenie, auto wiele wybaczało i miało solidny margines bezpieczeństwa dzięki m.in. ostrym hamulcom. Kolumnę aut prowadziła urocza instruktorka, która nawet w szybkich zakrętach znajdowała czas na opowiadanie przez krótkofalówkę o kolejnych manewrach. Układ kierowniczy był przyjemnie bezpośredni, a auto posłusznie omijało pachołki w slalomie. Podobało mi się, serio.

Ok., podsumujmy pierwsze wrażenia. Mercedes pewny swojego nowego modelu reklamuje go pod hasłem „A jak atak”. Robi więc skok na klasę kompaktowych aut premium, mierząc w nowe Audi A3 i BMW serii 1. Te dobrze urodzone hatchbacki nie miały do tej pory bezpośredniego zagrożenia ze strony aut z gwiazdą na masce. Jednak teraz ma się to zmienić.

Nowa Klasa A zachwyciła mnie zarówno wyglądem nadwozia, jak i sposobem prowadzenia. Ma doskonałej jakości wnętrze i całkiem mocne silniki. Nie przypadła mi do gustu ilość miejsca na tylnej kanapie oraz dziwnie odstający ekran multimedialny na środku kokpitu.

Osobiście stawiam na A250. Owszem jest droższa od popularnych hot hatchy (Megane RS, Golf GTI) o jakieś 20%, jednak być może lepiej utrzyma swoją wartość na przestrzeni lat. Wszystkim, dla których i takie osiągi nie wystarczają, radzę poczekać do przyszłego roku, kiedy to pojawi się model AMG z krwi i kości. Mowa o A45, gdzie z dwulitrowego turbo inżynierowie wyciągną prawie 340 KM…

Wojtek Zuchora
mail: wojtek@motofilm.pl
fot. Autor + Mercedes-Benz

4 komentarze
  1. Powiem ze przy wyborze Evoque vs. A wskazanie na A 🙂

    @Wojtek
    w jakim kolorze najlepiej na żywo wygląda „A”?

Komentowanie zostało wyłączone.