Renault Trafic to samochód bardzo popularny wśród wszelkiej maści przewoźników osób, a kilka powodów takiego stanu rzeczy można znaleźć na forach internetowych, gdzie kierowcy chwalą swoje auta za niezawodność, niskie spalanie i wygodny fotel. Czy nowy Trafic jest równie dobry? Jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać.

Wyzwanie, jakie postawiłem przed francuskim bliźniakiem Opla Vivaro do podróż do Saalbach-Hinterglemm i powrót do Gdańska w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Licząc z odbiorem auta z Warszawy, miałem do pokonania 1750 km w jedną stronę. Z siedmioma osobami na pokładzie. I samochodem wypchanym sprzętem narciarskim. Łatwo nie było.

Rozgrzewka

Zaczęło się, jak każdy test, w zakorkowanej Warszawie. Po zajęciu miejsca za kierownicą byłem zszokowany widokiem w lusterku wstecznym – przedłużona wersja Grand Passenger to 5,4 m samochodu i 8 foteli, które mogą pomieścić do 9 osób (obok kierowcy jest jeden, ale podwójny). Przyznam, że wzbudziło to we mnie pewne obawy dotyczące manewrowania w warunkach miejskich, ale świetna widoczność, kamera cofania i niezły promień skrętu udowodniły, że były one bezpodstawne.

Pierwsze, na co zwróciłem uwagę po wyjechaniu na drogę, to bardzo chętna do współpracy jednostka napędowa. Poprzedniego diesla o pojemności 2,2 litra z turbodoładowaniem zastąpił silnik 1,6 wspomagany dwiema turbinami, dzięki którym osiąga moc 145 KM i całe 340 Nm momentu obrotowego, który wkracza do akcji w całości już przy 1500 obrotach na minutę. Poza żwawym przyspieszaniem, silnik oferuje również zadowalającą kulturę pracy, przez co łatwiej przestać tęsknić za większą jednostką. A co ze spalaniem?

Przedbiegi

Aby to sprawdzić i przygotować portfel na tankowanie w podróży, rozpędziłem się do 100 km/h i popędziłem w kierunku Gdańska, skąd miałem zgarnąć resztę wycieczki. Czekając na ustabilizowanie się średniego spalania, zwróciłem uwagę na zaskakująco dobre wybieranie nierówności, a w zakrętach niezłą – jak na dostawczaka – pewność prowadzenia. Minusem są spore przechyły, ale przy tak wysoko położonym środku ciężkości i przy tym poziomie komfortu nie może to nikogo dziwić – przed zakrętem zwalniamy, albo rysujemy lusterkiem po asfalcie. Proste.

Po zapadnięciu zmroku mogłem ocenić kolejny, jakże ważny element samochodu – światła. Te świecą z dość dużej wysokości, więc problemu z właściwym oświetleniem drogi raczej nie ma, ale z jasnością świateł już tak. Szkoda, że nie uświadczymy w Traficu świateł ksenonowych lub chociaż skupionych soczewką halogenów.

A wracając do spalania – spokojna jazda drogą krajową zaowocowała wynikiem 6,8 l/100 km. Przypominam, że mówimy o 9-osobowym vanie. Moje Suzuki Swift pali dokładnie tyle samo. No cóż, wygląda na to, że w Austrii będę mógł sobie pozwolić na kilka Weissbierów więcej. A tymczasem do zobaczenia w następnym odcinku, a ja pakuję narty, kaski, kijki, walizki i pasażerów. Zobaczymy, co naprawdę potrafi ten dobrze zapowiadający się transporter…

Tekst: Marcin Bochenek