Wymyślona przygoda – Warszawa, Poznań, Kraków

Warszawa pogrążona w ciemnych kolorach kończącej się długiej, zimowej nocy oraz otulona pierwszymi warstwami porannej mgły. Jest godzina piąta trzydzieści w nocy, gdy jakby w podświadomości słyszę dźwięk mojego telefonu. Nie, to niestety rzeczywistość. Szybko podnoszę głowę znad poduszki i patrzę na pulsujący wyświetlacz wibrującego telefonu.

Naciskam zieloną słuchawkę i przykładam komórkę do ucha. Słyszę głos mojego znajomego z Poznania, który pod wpływem emocji wykrzykuje do mnie kilka chaotycznych i niezbyt poprawnych składniowo zdań. W mojej głowie rodzą się najróżniejsze myśli, gdyż prędkość przyswajanych przeze mnie informacji tuż po przebudzeniu nie jest najwyższa. Jednak po chwili zastanowienia interpretuje jego myśli i właśnie dochodzi do mnie, że muszę jak najszybciej zjawić się w rodzinnym mieście znajomego.

Wychodząc na dwór przeklinam przeszywający mnie mróz i przypominają mi się puste slogany wypowiadane przez prezenterów telewizyjnych jakoby zima znów zaskoczyła kierowców. To właśnie ja jestem dzisiaj kierowcą i zima mnie nie zaskoczyła tylko mój nieprzewidywalny kolega, który kupił samochód z silnikiem odpalającym tylko w lato.

W mgnieniu oka wsiadam do swojego samochodu i automatycznie wykonuje wszelkie czynności związane z przygotowaniem się do jazdy. Opuszczam podwórko i dynamicznie dociskam do podłogi prawy pedał, który zwykle powoduje nabieranie prędkości przez auto.

Po chwili w średnio wyciszonej kabinie samochodu rozlega się dźwięk, który dziś wybudził mnie ze snu. Czego znowu chcesz ode mnie? Wsłuchuje się w dość pokrętne tłumaczenie mojego rozmówcy i wychodzi na to, że zaplanowana przeze mnie trasa nie zakończy się w Poznaniu, lecz w Krakowie! Podobno jest to jakaś pilna sprawa.

W mojej głowie panuje już mętlik myślowy, ale wiem, że muszę się skupić na drodze. W końcu warunki nie należą do najlepszych, a nie chcę wyjść na idiotę pokazywanego w głównym wydaniu wiadomości, jako kierowca, który nie dostosował stylu jazdy do otaczających go warunków. Chwilę po tym długotrwałym procesie myślowym coś atakuje mój samochód. To coś zwykło się w polskich przepisach nosić miano nierówności poprzecznej jezdni, ale większość mówi na to krótko – dziura.

Jestem już dosłownie kilka kilometrów od mieszkania, w którym wyleguje się mój znajomy, a tabliczka z nazwą Poznania została minięta już kilka minut temu. Przejeżdżałem w okolicach dworca i hal, które każdy miłośnik motoryzacji powinien odwiedzić na przełomie marca i kwietnia, aby przekonać się, czym jest odbywający się tam Motor Show.

Wysiadam z samochodu uprzednio pozostawiając go na światłach, które obecnie najczęściej włącza się pod drzwiami hipermarketu w centrum dużego miasta i spoglądam w okolice przedniego koła. Orzesz ty! Rozwaliłem felgę! Oczy moje skupiają się na drastycznym dla fana motoryzacji widoku i dostrzegam również popękane elementy kolumny McPhersona. No to ładnie.

Na domiar złego po raz kolejny dzisiejszego dnia słyszę dźwięk mojej komórki – tym razem przytłumiony blachą karoserii. Odbieram i słyszę rzucone panikującym głosem „Gdzie jesteś?” Po telefonicznym wyspowiadaniu się, kończę połączenie i próbuje wymyślić coś na szybko.

Po zniecierpliwionego kolegę podjeżdżam wypożyczonym z wypożyczalnia samochodów Kraków przedstawicielem segmentu aut zdezelowanych – Hyundaiem Getzem z początku produkcji. Po przekroczeniu progu drzwi nie mogłem się oprzeć zdziwieniu, jakie wywarł na mnie ten egzemplarz. W tym momencie nie mam na myśli wyposażenia dodatkowego, które umili mi podróż, choć to stało tutaj na wysokim poziomie. Widać, że właściciel wypożyczalni samochodów w Warszawie dbał o chwilowo mojego Hyundaia jak o swój własny samochód i wyposażył go dodatkowo! Mianowicie zainwestował w pełen pakiet choinek zapachowych powieszonych na lusterku wstecznym, a także w ekskluzywne pokrowce na fotele – kolorystycznie przypominające ortalionowe dresy z początku lat dziewięćdziesiątych. Prawdziwym minusem okazał się stan auta, ściślej ujmując funkcje, które jeszcze działały. Klimy nie było, ale akurat tego dnia była potrzebna. Bardziej przydałyby się nawiewy ciepłego powietrza, które akurat w wersji przeznaczonej do wypożyczalni zostały wydłubane i swobodnie zwisały na przewodach w kolorze pasujących do zaadoptowanej tapicerki.

– Stary, gdzie ty byłeś? Czemu tak długo i czym ty w ogóle przyjechałeś, skąd wziąłeś ten złom? Nie wyjaśniając szczegółów, których i tak by nie zrozumiał kazałem mu zapiąć pasy, bo to jeden z niewielu mechanizmów działających w tym samochodzie. Wyczerpany, wcisnąłem pedał gazu do oporu, myśląc, że ruszę z piskiem opon, ale silnik o pojemności bliżej pasującej do motorów napędzających skutery dla nastolatków nie był w stanie tego uczynić.

Po dokładniejszym poznaniu zwiększających się wad samochodu, pod wieczór w końcu dotarliśmy do celu, jakim był Kraków. Okazało się, że ostatnim przystankiem w Krakowie będzie ulica Centralna oraz powiązana z nią hala wystawowa, bowiem znajomy jest fotografem wynajętym przez organizatora imprezy. W środku krakowskiej hali zostały ustawione rewelacyjne auta, znacznie lepsze niż te, którym przyjechaliśmy. Przynajmniej było na co popatrzeć pod koniec ciężkiego i wyjątkowe niefortunnego dnia.