Chevrolet Captiva, ekonomiczna wyprawa i Shell FuelSave

Zaczęło się niewinnie; od pomysłu dwóch przyjaciół.

Przez tydzień jeżdżę Chevroletem Captivą. Auto ekonomiczne, duże, wygodne… Jedziemy gdzieś?”
„A czemu by nie...”

… i w ten oto sposób wylądowałem w Śmiłowicach. Miasto, które zlokalizowane jest około 30 km od Krakowa, to bardzo malownicze miejsce. Nie tylko ze względu na swoje położenie; to właśnie tutaj powstał Pałac Śmiłowice; niezwykły hotel, który przyciąga uwagę swoją architekturą. Wybraliśmy się tam na weekend, ale nie po to, aby leniuchować i objadać się frykasami w 4-gwiazdkowym hotelu, o nie… Ta wyprawa miała swój cel. Eko cel.

Najpierw jednak kilka informacji o samym samochodzie. Jest to Chevrolet Captiva 2.2D AWD LTZ 2013.

Z samochodami z pod szyldu General Motors do tej pory nie było mi po drodze. Na drogach wszędobylskie Chevrolety nigdy nie przykuwały mojej szczególnej uwagi – no może po za kultowym Camaro. Amerykańska marka kojarzyła mi się przede wszystkim jako tańszy odpowiednik Opla, z którym w Europie dzieli większość podzespołów. Nie inaczej było z Captiva, która na rynku istnieje od 2006 roku. SUV z wieloma genami, który przez kilka lat zupełnie nie zapadł w mojej świadomości – czy słusznie?

Stylistyka

Chevrolet Captiva w najnowszej odsłonie to samochód zdecydowanie wyróżniający się na tle konkurentów. Już pierwszy kontakt wzrokowy daje do zrozumienie, że mamy do czynienia z pewnym i bezpiecznym autem. Ogromny, delikatnie zmieniony grill, aż bije po oczach. Dodając do tego zmienione obudowy świateł przeciwmgielnych oraz przeprojektowany zderzak Captiva po faceliftingu zdecydowanie zyskała świeżości.

Z tyłu zastosowano nowe światła w technologii LED, oraz zmienione końcówki układu wydechowego. Nie sposób również przejść obojętnie obok 19-calowych felg ze stopów lekkich, które dodatkowo potęgują wrażenie solidności.

Captiva niczego nie udaje, to duży i masywny samochód. Niestety, musimy liczyć się z tym, że największy SUV z gamy Chevroleta zupełnie nie nadaje się do „paplania” w błocie. Spojler pod przednim zderzakiem skutecznie ukradł kilka cm prześwitu – dlatego powinniśmy wybić sobie z głowy offroadowe wypady. Zwyczajnie pokonywanie terenowych przeszkód może zakończyć się urwaniem zderzaka i drogą naprawą.

Wnętrze bez rewolucji

Zmiany wewnątrz są mniej widoczne, jednak wprawne oko dostrzeże m.in. odświeżony, bardziej elegancki zestaw zegarów. Reszta pozostała bez zmian – deska rozdzielcza może nie zachwyca designem, jednak nadal pozostaje atrakcyjna. Jej większą część pokrywają plastiki, które zostały starannie spasowane. Jedynie zbyt duża kierownica psuje pozytywne odczucia. Do gustu przypadł mi duży ekran obsługujący większość funkcji samochodu. Dzięki polskiemu menu nie ma najmniejszego problemu z korzystania z nawigacji, odtwarzacza MP3, DVD, radia czy dwustrefowej klimatyzacji. Oprócz tego, topowa wersja LTZ oferuje elektrycznie regulowany fotel kierowcy, aktywne zagłówki czy podgrzewaną tylną kanapę.

Funkcjonalność i przestronność, jaką oferuje Captiva jest jedną z najlepszych w klasie. Miejsca z przodu jak i z tyłu jest pod dostatkiem i nawet kilkusetkilometrowe trasy nie będą uciążliwe. Jedyne zastrzeżenia mam do podłokietnika, który nie posiada regulacji, co skutecznie utrudnia jego korzystanie. Nasza Captiva została wyposażona w dodatkowy trzeci rząd siedzeń, który nie oferuje może luksusu, jednak nie należy jej traktować, jako „bardzo awaryjnej”. Dzieci lub dorosłe osoby o mniejszych gabarytach powinny bez większych problemów znaleźć dla siebie miejsce. Bagażnik oferuje 796 litrów ładownej przestrzeni bagażowej, która na tle konkurencji wypada przeciętnie. Chevrolet nie zapomniał za to o licznych schowkach, które otaczają nas zewsząd i pomieszczą wiele podręcznych rzeczy.

Silnik oraz właściwości jezdne

Testowana Captiva została wyposażona w najmocniejszy turbodoładowany silnik diesla o pojemności 2.2 l generujący 184 KM. Motor nieźle radzi sobie z blisko 2 tonową konstrukcją. Przyspieszenie do setki w 9,6 sekundy jest wynikiem więcej niż przyzwoitym. Dzięki 6 stopniowej manualnej przekładni samochód żwawo zbiera się już od najniższych obrotów silnika i śmiało przyspiesza nawet podczas autostradowych prędkości.
Niestety duże gabaryty dość skutecznie zniechęcają do szybkiej jazdy. Podczas pokonywania ostrych zakrętów samochód przechyla się na boki. Również gwałtowne hamowanie nie należy do stabilnych. Captiva w tym aspekcie przypomina amerykański krążownik. Na pochwałę zasługuje za to zawieszenie zestrojone dosyć miękko, choć podczas jazdy po polskich drogach spełnia swoje zadanie celująco. Przy normalnej eksploatacji spalanie w mieście oscyluje na poziomie 10 litrów i około 7-8 litrów w trasie. Wynik więcej niż poprawny.

Czy warto go kupić?

Moje zdanie na temat marki z koncernu GM zostało całkowicie zmienione. Wydając już 87 990 zł możemy stać się właścicielem SUV-a ze 167 KM benzynowym silnikiem i oferującym bogate wyposażenie już w standardzie. Cena samochodu testowanego w najbogatszej konfiguracji to wydatek rzędu 130 000 tysięcy. Captiva nie zaskakuje, to po prostu solidny samochód, który świetnie sprawdzi się w roli auta rodzinnego. Aż ciężko uwierzyć, że marka kojarząca się do tej pory wyłącznie z niechlubnym koreańskim Daewoo może śmiało rywalizować z europejską i japońską konkurencją.

„ZNOWU JESTEM EKONOMICZNY!”

Tak jak już na początku wspomniałem, 1500 km, które pokonałem w ciągu 2 dni, starałem się przejechać jak najbardziej oszczędnie. Miało mi w tym pomóc paliwo Shell FuelSave oraz kilka zasad ekonomicznej jazdy.

Zacząłem od sprawdzenia ciśnienia w oponach. Powszechnie wiadomo, że im mniej powietrza opona ma, tym większy opór stawia podczas toczenia. W rezultacie auto męczy się i pobiera więcej paliwa. Ograniczyłem także klimatyzację, która według mojego kolegi z Autokraty (Mateusz Pietruszka), może pobrać dodatkowo nawet 4 litry paliwa w upalny dzień! Na koniec przypomniałem sobie również kilka zasad ekojazdy, takie jak hamowanie silnikiem czy płynna jazda. Zatem można ruszać!

Zaraz, zaraz… A bagażnik? Shell zlecił ostatnio przeprowadzenie badań, które wykazały, że Polacy mają tendencję do przechowywania niepotrzebnych rzeczy w bagażniku. Co trzeci Polak stale wozi ze sobą około 10 przedmiotów.

No dobra, ale swoją odżywkę muszę wziąć… Przynajmniej dwie torby też… Tak więc, nie jestem w stanie sprawdzić, czy spalanie obniży się, jeśli wyciągne balast z bagażnika. Dlatego postanowiłem wydać tylko swoją opinię na ten temat.

Ile taki bagaż może ważyć? 10? 20 kg? Zgodzę się, że każdy dodatkowy kilogram zwiększa spalanie. Myślę jednak, że eliminacja rzeczy schowanych pod tylną klapą obniży je tylko minimalnie. „Minimalnie” – nie chodzi tutaj o wartości rzędu nawet 0,1-0,2 l paliwa na 100 km. Mam raczej na myśli wartości 0,01-0,02 l paliwa na 100 km. Tak więc, fakt faktem, opłaca się opróżnić bagażnik (bardziej chyba ze względów bezpieczeństwa), ale na pewno nigdy nie będę tego robił, aby zredukować spalanie. No, chyba, że wystartuje w jakimś konkursie ekonomicznej jazdy, to i na upartego lusterka mógłbym złożyć w celu uzyskania mniejszego oporu powietrza.

Pierwsze 100 km „pałowałem”, przez co spalanie na tym odcinku dochodziło do 11,5 l paliwa na 100 km. Sporo, ale jak na taką świnkę, jaką jest Captiva, nie jest to specjalnie dużo. Przerwa na…

… i ściągnięcie buta z prawej nogi…

… a kolejne 100 km przejechałem już stosując wszystkie w/w zasady ekojazdy. Efekt? Spalanie spadło o blisko 5 litrów do 7,3 l paliwa na 100 km.

Prosta kalkulacja pokazuje, że zaoszczędziłem około 20 zł w godzinę, przybywszy do celu jedynie kilka minut później. Aż duma rozpiera, że tak rzeczywiście można.

Paliwo Shell Fuel spisało się w tym teście. Co prawda, oszczędność w porównaniu z innymi paliwami nie jest jakoś specjalnie duża, za to podświadomie czułem, że samochód daje z siebie 100% możliwości, jednocześnie jak najmniej korzystając z dostępnych płynów. To przyjemne uczucie.

A oto i cel naszej podróży. Śmiłowice, Kraków…

Weekend spędziłem królewsko, a z Gdańska do Krakowa i z powrotem dojechałem za około 600 zł „na firmowym paliwie”. Czy to dużo? Sami sobie na to pytanie odpowiedzcie.