Kombinacja alpejska. Część druga: zjazd – Mercedes klasy G w naszych rękach

Mercedes klasy G 2013 faceliftCzy życzy Pan sobie kawy? – spytała kelnerka. Była dokładnie 7 rano. Normalnie o tej porze wlałbym już w siebie przynajmniej jedną mocną filiżankę. Ale nie dziś – dzisiaj w ogóle nie potrzebuję kofeiny. Z resztą śniadanie też we mnie nie wchodzi. Mam solidną tremę. Spałem krótko, stanowczo za krótko. Jeszcze tylko 30 minut i stanie się nieuniknione – wsiądę za kierownicę Mercedesa G63 AMG. Czy na pewno dam mu radę?

Walizka, telefon, kluczyki –  wszystko jest. Opuszczam zatem pięciogwiazdkowy hotel i idę na główny plac miasteczka. Żegnam grube dywany, miękką pościel i potrawy z oficjalnej kolacji  zasługujące na gwiazdki Michelin. To były naprawdę fajne chwile. O tej porze oślepia mnie wschodzące słońce, jest stanowczo za jasne. Moim oczom ukazuje się jednak rząd dużych samochodów. Zaparkowane idealnie równo jeden przy drugim wyglądają jak luksusowe osiedle domów – brakuje im tylko ogródków.

Przede mną stoi kilkanaście Mercedesów klasy G. Zatrzymuję się na chwilę, żeby nacieszyć oko tym majestatycznym widokiem. Nagle zza pleców słyszę znajomy głos jednego z menadżerów Mercedesa: „Witaj! Widzę, że jednak wstałeś wcześnie. Podekscytowany na spotkanie z AMG?”. Nie będę mu kłamać, że czekałem na tę okazję całe swoje życie, bo tak naprawdę są to jedynie ostatnie dwa tygodnie, kiedy dzień w dzień zastanawiałem się jak to będzie za kółkiem G63?. Odpowiadam więc zgodnie z prawdą: „Jasne!”

Mój egzemplarz jest grafitowy. Emocje związane z poznawaniem takiego samochodu są zero-jedynkowe: albo was od razu odrzuci albo kompletnie się roztopicie. Mi trafiła się ta druga opcja. Klasa G jest wielka i wcale nie stara się tego za specjalnie ukryć. Nie ma pseudo przetłoczeń, które miałyby jej nadać dynamiki. Nie udaje też coupe, jak BMW X6. To po prostu najtwardszy z twardzieli. Taki terenowy bankowóz. Jeśli francuzi mają w Sèvres wzór metra, to Mercedes w swojej klasie G ma wzór solidności. A aerodynamika? Kto by się nią przejmował.

Poświęcam kilka chwil na obejrzenie nadwozia. Wystające zawiasy drzwi, rynienki na dachu, wyłupiaste kierunkowskazy na masce, no i te klamki – takich rzeczy nie znajdziecie już chyba w żadnym innym nowym samochodzie. Gigantyczne felgi, podwójne końcówki wydechu po obu stronach progów, chromowane listwy – o nie, to nie jest zwykły SUV. Przechodzę do przodu, tutaj na pierwszy plan wychodzą okrągłe reflektory oraz wielkie wloty powietrza chłodnic silnika i turbosprężarek.

Zaglądam do materiałów prasowych. Napisano w nich, że dzięki ostatniemu liftingowi klasa G otrzymała nowe lampy dzienne wykonane w technologii LED. No dobrze, ale to ona już taka wcześniej nie była? Niektórym ortodoksyjnym fanom Gelendy to jednak mocno przeszkadza. Twierdzą, że wygląda teraz jak po domorosłym tuningu. Moim zdaniem sprawa diod przypomina zastanawianie się nad tym, czy Mona Lisa się do nas uśmiecha, czy to jednak tylko grymas na twarzy. Tak czy inaczej patrzymy na jedyne w swoim rodzaju dzieło.

Drzwi otwierają się z lekkim oporem, a do uchylenia na bok tylnej klapy trzeba użyć już całkiem sporej siły. Wszystko przez wielkie i ciężkie koło zapasowe zawieszone na zewnętrznej ściance. O ile w zwykłych SUV-ach ma się wrażenie siedzenia ponad wszystkimi, o tyle widok z klasy G przypomina perspektywę znaną ze starych Ikarusów – jesteśmy na drugim piętrze. I to w loży VIP-owskiej. Gelenda surowa z zewnątrz niczym sushi okazuje się wewnątrz równie wykwintna co kuchnia francuska. Tutaj niemalże nie widać 33-letniej konstrukcji całego samochodu.

Materiały wykończeniowe są naprawdę z najwyższej półki. Centralnie umieszczony, lekko wystający z kokpitu ekran multimedialny przypomina tablet. Sama deska rozdzielcza jest prosta, jednak dzięki ostatniemu liftingowi jej środkowa część upodobniła się do reszty modeli niemieckiego koncernu. O tym, że siedzimy w terenówce przypominają nam przyciski zmiany trybu napędów oraz solidny uchwyt przed pasażerem. A o tym, że nie jest on zwykłą ozdobą przekonałem się w ciężkim terenie, ale o tym będzie za chwilę. Teraz jedziemy poszaleć.

Uruchamiam silnik, autem zakołysało. Do moich uszu dociera stłumiony bulgot spod maski. Ustawiam skrzynię w pozycji Drive i ostrożnie wytaczam się z parkingu. Wiecie co? G63 AMG ma najlepszy system dźwiękowy jaki od dawna słyszałem. Nie mówię o firmowym stereo (jest świetne). Chodzi mi o muzykę tworzoną przez benzynowe 8-cylindrowe biturbo.

Uchylam szyby. Droga prowadzi lekko pod górę. Dodaję gazu… La Clusaz właśnie się obudziło. Wszystko przeze mnie. Dźwięk silnika jest wręcz hipnotyzujący. Gdyby nie to, że przede mną jest rondo, wcale nie zdejmowałbym nogi z gazu. Szybko opuszczam miasteczko i udaję się wyżej na górskie, puste o tej porze, drogi.

Silnik? 5.5-litra pojemności, 760 Nm i oszołamiające 544 KM – to wszystko sprawia, że ta ciężka kamienica w zaledwie 5.4 sekundy osiąga pierwsze 100 km/h. Wrażenia zza kółka są wręcz surrealistyczne. Siedzicie w budynku, który osiągami zawstydza typowo sportowe coupe. Auto odjeżdża do przodu z każdej prędkości, a wasze ciała wgniatane są w fotele. Tym samochodem bardzo łatwo przeholować. Na przykład na zakręcie.

Skręcacie, skręcacie, skręcacie… a G63 dopiero po chwili załapuje czego od niego tak naprawdę chcecie. O tym, że macie za dużą prędkość wejścia nie świadczą nawet same przechyły karoserii, bo te są zadziwiająco umiarkowane. Najbardziej słychać było pisk opon walczących o utrzymanie was w wirażu. Powtarzając te same manewry podczas powrotu do bazy z zadowoleniem stwierdziłem, że hamulce tego modelu to prawdziwa czołówka. Zero przegrzania, żadnego pogorszenia skuteczności. Ostre jak brzytwa przy każdym awaryjnym hamowaniu. Zabawy na drodze tym modelem to prawdziwy hardcore.

Mercedes postanowił udowodnić nam, że nie samym asfaltem samochód żyje i przygotował specjalny tor off roadowy, gdzie mogliśmy wypróbować klasę G. Nie zabraliśmy tam naszego AMG. Na tę okazję podstawiono linię Professional, która od seryjnych aut różniła się chyba tylko wybitnie terenowymi oponami. Powiem wam, że był to chyba drugi po messerschmittowym gangu silnika G63 najfajniejszy punkt całego wyjazdu.

Tor przygotowano w kilka dni: gdy stopniał śnieg usunięto niektóre przeszkody, odsunięto kilka głazów i gotowe. Siedząc za kółkiem co chwilę pytałem się instruktora na fotelu obok, czy aby na pewno sobie nie żartuje ze mnie i czy damy radę pod to podjechać albo, co gorsza, zjechać nie wbijając się w drzewa. I wiecie co? Daliśmy radę. Nawet z tak niedoświadczonym terenowo kierowcą jak ja.

Auto ani razu nie zaryło maską o wzniesienie, ani tym bardziej podwoziem o grunt… Naprawdę pełny szacunek. Oczywiście kilka podjazdów zaliczyłem za drugim razem, ale zapewniam was każdą górkę kończyłem z niedowierzającym uśmiechem na twarzy. Tym bardziej gdy wychodziłem na zewnątrz żeby zrobić kilka zdjęć i z trudnością wdrapywałem się tam, gdzie przed chwilą Mercedes wspiął się z łatwością. Klasa G Professional, to taki mały czołg, którym bez większego trudu podbijecie okoliczne góry lub nawet jakiś mały kraj.

Dobrze, trochę długa wyszła mi ta relacja – chyba najwyższy czas na podsumowanie. Odświeżona klasa G przypomina mi taki kilkudziesięcioletni dom, który przy okazji ostatniego remontu wyposażono w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne. Ma wszelkie niezbędne radary, gadżety i świetne materiały. Jeśli mówimy o modelach AMG to w komplecie dostajecie także obłędnie brzmiące silniki i czysto sportowe osiągi.

Owszem, bez trudu dostrzec można jej wady. I nie mówię tu o cenie (ok. 600 tys. zł za G63 AMG). Chodzi o takie proste rzeczy – przednich foteli nie da się odsunąć daleko do tyłu, a pionowa szyba czołowa wzmaga hałas przy wyższych prędkościach. Z otwieraniem tylnej klapy na bank nie poradzą sobie co wątlejsze osoby. Ale to wszystko i tak nie ma większego znaczenia, gdyż tego samochodu nie kupuje się z listą „za” i „przeciw”. W nim się trzeba po prostu zakochać. A w G63 jest to dziecinnie proste, wystarczy się tylko przejechać.

Wojtek Zuchora
mail: wojtek@motofilm.pl
fot. Mercedes-Benz + autor

  • rlx

    moja terenowa miłość 🙂 ten samochód to ucieleśnienie mojego alter ego wypartego w trakcie poprawnego politycznie dnia codziennego. Oczekiwany G65 jest na mojej liście przebojów wszech czasów. Jeśli ktoś zadaje sobie pytanie po co komu taki samochód odpowiem używając kolokwializmu „Because fuck You that’s why” 🙂

  • Nie wiem, może się nie znam – ale jak dla mnie ten Mercedes jest strasznie paskudny 🙂 Jakby go ktoś siekierką wyciosał.

  • Ptr

    Wg mnie najlepszy review G63 w sieci:
    http://bit.ly/L7u5nB

    W teren wziąłbym G350. Na co dzień i w trasę nie brałbym Gelendy pod uwagę. Ale wiadomo de gustibus…