No VAT, no fun? Testujemy Isuzu D-Max 3.0D Double Cab 4WD LS

Być sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Prawie każdy o tym marzy. Praca na własny rachunek może być frajdą, w końcu sami jesteśmy sobie kapitanami. Co prawda wszystkie sprawy spadają tylko na naszą głowę: trzeba skompletować zamówienie, zawieźć materiały do magazynu, podjechać do klienta z próbkami. OK., więc przydałby się jeszcze odpowiedni okręt, aby wypłynąć na morze biznesu. Tak, musimy mieć wielofunkcyjne auto. A i dobrze, gdyby przy jego zakupie dało się odliczyć cały VAT – w końcu liczy się każdy grosz. Sprawdziliśmy więc, czy Isuzu D-Max podoła codziennym obowiązkom i czy sprawnie dopłyniemy nim do portu przeznaczenia.

Zaczynamy pełnym hardcorem: zabierzemy D-Maxa do centrum Warszawy. Wizyta w siedzibie Isuzu, odbiór kluczyków, podpis na umowie, wsiadamy i jedziemy. Zaraz! Jakie to auto jest wielkie! I czemu do diabła siedzę na wysokości drugiego piętra? Przekręcam kluczyk, silnik podczas rozruchu zakołysał całym samochodem. Zaczynam się bać…

Rozglądam się na boki – widoczność jest świetna: podziwiam dachy zaparkowanych obok aut. Odwracam głowę do tyłu i… nie widzę praktycznie nic. Tylko wąska przyciemniona szyba, a za nią bezkresna paka. „Oby tam były czujniki cofania”, myślę „inaczej jestem ugotowany”. Natomiast przede mną roztacza się garbata maska wielkości Teksasu, zaś po bokach lusterka rozmiaru iPadów.

Chwytam za ster. Znaczy się za kierownicę. Tuż obok niej sterczy długi lewarek – wkładam jedynkę. Często zmieniając biegi namachacie się tym drążkiem niczym wiosłem na galerze. Plastiki w kokpicie są twarde, a przyciski do bólu czytelne. Nie ma tu pseudo-finezji znanej z większości SUV-ów. Jest prosto i funkcjonalnie. W końcu tego oczekujemy – po prostu ma robić swoją robotę.

Ruszam. Efekt jest piorunujący. Wielkość auta w połączeniu z grzmiącym tonem trzylitrowego diesla sprawia, że czuję się jak kierowca karetki na sygnale. Wszystkie mniejsze samochody potulnie zjeżdżają mi sprzed maski, a mój lewy pas szybko staje się pusty. Czuję się jak Mojżesz, przed którym ustępuje Morze Czerwone. Dociskam gaz, turbo łapie powietrze, a D-Max wyrywa do przodu. Ten pick-up jest szybszy niż myślałem!

Dobijam do celu – miejsc parkingowych szukać ze świecą. Dwie przecznice dalej w końcu trafiłem na lukę, parkuję. Po chwili słyszę trąbienie. Wychodzę – okazuje się, że moje Isuzu elegancko wystaje na jezdnię blokując ruch na ulicy. Zapomniałem, że ma 5 metrów długości. Cofanie, zawracanie i ponowne parkowanie to koszmar. Jeśli taka ma być cena za odliczenie VAT-u, to ja chyba jednak dziękuję.

Następnego dnia zabieram D-Maxa na podmiejską budowę. Żwir, piach, głębokie kałuże i błoto po horyzont. Stawiam mu ultimatum – jeśli i tutaj polegniesz, to jutro żegnasz się z pracą. Na desce rozdzielczej wybieram przycisk 4L, czyli tryb napędu na obie osie z blokadą. Auto posłusznie rusza do przodu w krajobraz rodem z Dakaru. Po chwili dojeżdżam do mety. „Jak to? Już?!” Już, bo Isuzu to prawdziwy czołg w terenie. Dosłownie.

Sam D-Max waży tonę osiemset. Do tego na pakę możemy mu wrzucić kolejne 1100 kilo. Celowo wjeżdżałem nim w breję, w której większość aut wyzionęłaby ducha. A ten skubaniec na przekór brnął dalej. Podobnie było ze śliskim podjazdem – to również nie zrobiło na nim większego wrażenia. Solidne podwozie, duży prześwit i wspomniana blokada napędu –  powoli odzyskiwałem wiarę w to auto.

Wracając chciałem ominąć korki na wlotówce do miasta, wybrałem więc piaszczystą drogę wśród pól. I właśnie wtedy pokochałem to auto. Za co? Za trzy litery zaszyte w guziku 2H. Było to: RWD. Niewtajemniczonym od razu wyjaśniam: 100% mocy z silnika płynęło na tył.

Połączcie ten fakt z niczym niedociążoną paką, a zrozumiecie, czemu pół drogi do domu miałem na twarzy banana. Cytując znany film z YouTube: „miotało nami jak szatan!”. A już tak na serio: stawianie D-Maxa bokiem okazało się bułką z masłem, wystarczyła odrobina dobrych chęci. Takie odzyskiwanie VAT-u to ja rozumiem!

Oddając Isuzu po teście zacząłem się zastanawiać, czy warto wydać na niego prawie 100 tysięcy złotych. Wybór jak dla mnie był o tyle trudny, że nigdy dotąd nie rozważałem zakupu pick-up’a. Rzut oka w cenniki konkurentów wcale nie ułatwił podjęcia decyzji. D-Max łapał się gdzieś po środku stawki – na pewno nie był najdroższy.

Na co zatem możemy liczyć kupując to auto? Na świetne właściwości w terenie. Na pracowitość godną woła roboczego. Na to, że ani ciężar, ani rozmiar ładunku, nie będą dla niego większą przeszkodą. W kabinie wygodnie przewiezie czwórkę dorosłych, choć nie powali nikogo na kolana jakością plastików.

Zachowaniem na drodze bliżej mu do statku na morzu niż do typowej osobówki. Niestety ani przechyły, ani bujanie nie są mu obce. Poprawiłbym także hamulce. Do tego tkwiąc w korkach spokojnie spali wam średnio ok. 11 litrów na każde 100 km. O manewrowaniu z grzeczności już nie wspomnę. Jeśli jednak wiecie czym jest drift i co ważniejsze macie do niego warunki lub zacięcie, to gwarantuję, że D-Max nieraz wywoła uśmiech na waszej twarzy.

No VAT, but fun!

Wojtek Zuchora
mail: wojtek@motofilm.pl

Dane techniczne:
Napęd
Rodzaj silnika: diesel, R4
Pojemność: 2999 cm3
Typ napędu: 4WD (dołączany na koła przednie)
Moc maksymalna: 163 KM (3600 obr/min)
Maks. moment obr.: 360 Nm (1600-3200 obr/min)
Skrzynia biegów: 5-biegowa, manualna
Nadwozie
Długość / Szerokość / Wysokość: 5035 / 1800 / 1735 mm
Wymiary przestrzeni ładunkowej – dł. szer. wys.: 1383 / 1460 / 480 mm
Rozstaw osi: 3050 mm
Prześwit: 210 mm
Kąt natarcia: 34,6˚
Kąt rampowy: 20,5˚
Kąt zejścia: 23,3˚
Średnica zawracania: 12,4 m
Masa własna: 1804 kg
Ładowność: 1146 kg
Dane eksploatacyjne producenta
Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 10,7 s
Prędkość maksymalna: 175 km/h
Zużycie paliwa – trasa: 7.2 l/100km
Zużycie paliwa – miasto: 10.5 l/100km
Zużycie paliwa – cykl mieszany: 8.4 l/100km
Pojemność zbiornika paliwa: 76 litrów
Emisja CO2 [g/km]: 222
Cena brutto: 120 263 zł