Business class – test Renault Latitude 3.0 dCi 240KM Initiale [FOT]

latitude5458 gloNa początek będzie trochę technologii: opowiem Wam o Samsungu SM5. Tak, tak, o Samsungu. To nowoczesne narzędzie biznesowe charakteryzuje się m.in. 7-calowym kolorowym wyświetlaczem, wbudowanym bluetoothem, multimedialnym złączem Plug&Music, nawigacją oraz systemem Bose. Do wyboru mamy kilka stonowanych kolorystycznie obudów, które tu i ówdzie przyozdobiono chromowanymi dodatkami. Doskonale sprawdza się w podróżach służbowych oferując komfortowe warunki dla rozmów pomiędzy pięcioma użytkownikami na raz. Co ważne, jeszcze długo nie straci swojego prestiżu i elitarności, gdyż nie można go kupić w Europie. Teoretycznie…

A praktycznie? Wystarczy pójść do najbliższego dealera Renault i obejrzeć ich flagową limuzynę – Latitude. Samsung SM5 to auto. Przyznacie, że Latitude brzmi dla nas o wiele ciekawiej niż SM5, które równie dobrze pasuje do nowej generacji smartfonu. Skąd zatem taki pomysł? Otóż francuski producent od lat współpracuje z Nissanem i Samsungiem oferując na wielu rynkach wspólnie opracowane auta. Bodajże pierwszym ”Koreańczykiem” ze znaczkiem Renault był całkiem udany kompaktowy SUV, który wszyscy kojarzymy jako Koleosa. Pora więc sprawdzić jak tym razem wyszedł ten koreańsko-francuski mariaż.

Stylistyka: Korea 70%, Francja 30%
Zacznijmy od poprzednika – modelu Vel Satis. To dopiero było auto! Dla jednych ideał piękna, dla innych szczyt stylistycznej brzydoty. Dla mnie najważniejsze było w nim to, że praktycznie w każdym wywoływał jakieś emocje. Był przede wszystkim charakterystyczny. A jak na jego tle wypada Latitude?

Blado. Albo inaczej: nudno. Jest jak model Safrane z początku lat 90-tych (jeśli w tym momencie googlujecie tę nazwę to tym bardziej dowodzi to mojej tezy). Oba auta swoją stylistyką nie wniosły nic nowego do światowych trendów designu. Zaparkowany przy Citroenie C6 wyglądają po prostu zwyczajnie. Nie wykręca szyi, nie przyciągają wzroku, nie krzyczy „jestem z Francji!”. SM5 z pewnością  ma zadatki do sukcesu na swoim rodzimym rynku. U nas Latitude będzie miało jednak utrudnione zadanie konkurując chociażby ze świetnym Peugeotem 508, który stylistycznie wyprzedza go o całą epokę.

Owszem jest elegancki. I duży. I ma wiele wspólnego z Laguną, szczególnie jeśli popatrzymy na niego z boku. Z przodu na pewno zwrócimy uwagę na spory chromowany grill, który wraz z reflektorami tworzy nietypową zaokrągloną linię maski. Masywny i ”mocny” tył zaopatrzono w podwójne końcówki rur wydechowych oraz proste, duże lampy. To chyba najładniejsza część nadwozia Latitude.

VIP
Testowanie topowej wersji rozbudza oczekiwania. Francuzi słyną na całym świecie z komfortu, dlatego też otwierając drzwi spodziewałem się przestronnej kabiny i ogromnych foteli. Do tego asymetrii i nieładu w kokpicie, dublujących się funkcjami malutkich przełączników i nielogicznego menu komputera. O tak, wtedy byłoby to prawdziwie francuskie auto. A jak jest w Latitude?

Podobnie jak na zewnątrz – spokojnie. Zachowawczy projekt kokpitu przekona nas do siebie jakością spasowania oraz różnorodnością plastików (np. skórzana kierownica z kawałkiem lakierowanego wieńca). Całość przypomina bardziej elegancką salę konferencyjną w kancelarii prawnej niż gabinet ekscentrycznego szefa marketingu. Dzięki znanym z innych modeli Renault joystickom do radia i nawigacji obsługa tych urządzeń jest banalna i nie absorbuje niepotrzebnie naszej uwagi. Menu multimediów jest proste i logiczne, a umieszczony u góry wyświetlacz obsługiwał również kamerę cofania, która okazywała się niezbędna w parkowaniu tyłem tą sporą limuzyną.

Z fajerwerków, które mieliśmy na pokładzie, wypada wymienić trójstrefową klimatyzację, jonizator powietrza, dyfuzor perfum oraz elektrycznie regulowany fotel kierowcy, który dodatkowo posiadał fantastycznie działającą funkcję masażu. Nie spodobał mi się za to elektrycznie otwierany dwuczęściowy szyberdach zabierający cenne milimetry znad mojej głowy. Przy 184 cm wzrostu i maksymalnie opuszczonym fotelu kierowcy zdarzało mi się niestety czasami szurać włosami o podsufitkę.

Orient Express: Paryż – Seul?
W sumie czemu nie – Latitude ma przecież nie tylko przestronną kabinę, ale także spory bagażnik (477 litrów), a do jego baku wlejemy maksymalnie 70 litrów paliwa. Ważniejsze jednak, że pod maską zamontowano wystarczająco duży i mocny silnik. Mowa bowiem o trzylitrowym sześciocylindrowym dieslu, który współpracuje z automatyczną 6-biegową skrzynią.

Chcecie faktów? Moc – 240 KM, 450 Nm dostępne już od 1500 obr./min. Do tego 0-100 km/h w 7.6 sekundy i średnie spalanie w granicach 8-9 litrów ropy na każde 100 km. Ta jednostka naprawdę da się lubić. Nie zepsuje tego nawet nieco leniwy 6-biegowy automat, który zawsze dba o nasz komfort i płynnie zmienia przełożenia. Wysokoprężny motor swoim wygłuszeniem i kulturą pracy mógłby wiele nauczyć co po niektóre mniejsze jednostki benzynowe.

Zawieszenie jest sprężyste i podobnie jak dla automatu jego priorytetem jest zapewnienie nam wygody. Dzięki temu nie poczujemy pokonanych nierówności na naszej trasie. Nie zrobią na nim również wrażenia żadne łączenia asfaltu czy np. wystające tory tramwajowe. Latitude oferuje pod tym względem naprawdę wysoki komfort. To co wychodzi mu być może odrobinę gorzej to dynamiczna jazda w ciasnych zakrętach, kiedy to na precyzję prowadzenia wpływa spora masa własna samochodu oraz wspomniane miękkie zawieszenie.

Podsumowanie
Trudno jednoznacznie podsumować Latitude. Z jednej strony urzekło mnie komfortem i wygodą. Ma przestronne i dobrze wykończone wnętrze, a silnik skutecznie maskuje swoją wysokoprężną naturę. Być może stylistycznie odstaje trochę od europejskich konkurentów, ale i tak dla wielu jest elegancką dystyngowaną limuzyną, którą chcieliby jeździć na co dzień.

Druga strona medalu to cena prezentowanego egzemplarza – 203 tysiące złotych. Kwota jak dla mnie nie do przejścia. Owszem standardowo otrzymujemy mocny silnik i pełne wyposażenie, ale na koniec brak mu prestiżu, który w tym segmencie cenowym bywa czasami kluczowy (BMW, Audi czy Mercedes).

Ciekawie za to wygląda podstawowa wersja Latitude z dwulitrowym benzynowym silnikiem o mocy 140 koni. Renault żąda za nią jedynie 79 900 zł, a w wyposażeniu mamy niemalże wszystko co potrzebne (automatyczna dwustrefowa klima, chromowane dodatki i alufelgi itp.). Jeśli myślicie o Latitude, to ta wersja wydaje się prawdziwą okazją.

Wojtek Zuchora
e-mail: wojtek@motofilm.pl

Dane techniczne:
Napęd
Rodzaj silnika: turbo diesel
Pojemność: 2998 cm3
Typ napędu: przedni
Moc maksymalna: 240 KM (przy 3750 obr/min)
Maks. moment obr.: 450 Nm (1500 obr/min)
Skrzynia biegów: 6-biegowa, automatyczna
Nadwozie
Długość / Szerokość / Wysokość: 4897 / 1832 / 1483 mm
Pojemność bagażnika w litrach: 477
Masa własna: 1655 kg
Ładowność: 595 kg
Rozstaw osi: 2762 mm
Dane eksploatacyjne producenta
Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 7.6 s
Prędkość maksymalna: 235 km/h
Zużycie paliwa – trasa: 5.7 l/100km
Zużycie paliwa – miasto: 10 l/100km
Zużycie paliwa – cykl mieszany: 7.2 l/100km
Pojemność zbiornika paliwa: 70 litrów
Emisja CO2 [g/km]: 188

  • mam dać za auto ponad 200 000 złotych i w dodatku żyć świadomością, że kupiłem Renault? Nigdy.

  • Robert999

    „Renówki” nie są takie złe, ale za 200 000zł bym tego nie kupił, owszem stara renię meganke, żeby „tłuc” ja do pracy to tak, ale nówke za tyle kasy tez bym nie kupił

  • Tomasz

    Ja bym chyba nawet tych 79k nie dał za to auto. Po pierwsze nuda, po drugie Renault. I wszystko w tym temacie.

  • MinO

    Za 200 tys z samochodów aspirujących do premium wybrałbym zdecydowanie Insignię OPC 😉 Tam przynajmniej czuć pod nogą za co się płaci – 325 KM z V6 biturbo robi swoje, a o designie nie wspominając. No ale fajnie, że Renault próbuje. Do odważnych świat należy jak to się mówi. W podstawie jest ciekawą alternatywą dla Superba.