ExoticCars Track Day okiem naszych blogerów – obszerna relacja [FELIETON]

mustang8574857 gloTo, że natura tylko czeka na to, żeby zrobić ci psikusa wiemy wszyscy doskonale. W ciągu pięciu roboczych dni, kiedy jest to niepotrzebne, serwuje ona temperaturę w granicach 30 stopni Celsjusza, a w sobotę… pada. Tak samo jest z myciem samochodu, wywieszaniem prania na zewnątrz, czy tez długo planowanego wypadu na track day. Jednak tym razem to my przechytrzyliśmy podstępną aurę! Chciała zepsuć widowisko deszczem, a tymczasem uatrakcyjniła je tylko. Zacznijmy od początku – od 7:34 w Krakowie na jednej z ulic.

Miało być pół godziny wcześniej, punktualnie o 7 rano, ale Mateusz postanowił pozwiedzać Kraków o poranku. Jednak Krzysio z automapy doprowadził go w końcu na umówione miejsce, w zacienionym zaułku. Widok Hondy CR-V poprawił mi humor, który przez ogromne kałuże i lekką mżawkę nie był zbyt dobry. To miał być słoneczny dzień! Przynajmniej według mnie.

-Ty prowadzisz, ja strzelam – usłyszałem łapiąc rzucone mi kluczyki – taki test, zanim dostaniesz swoją pierwszą testówkę.

Odpaliłem samochód i ruszyliśmy w drogę do Kielc. Już na pierwszych światłach oblałem przejeżdżając na pomarańczowym, które prześladowało nas już aż do wyjazdu z miasta. Na ostatnich światłach w Krakowie poczułem się jak przed startem w wyścigu. Zanim zapaliło się zielone usłyszałem za sobą ryk silnika, wydobywający się z czterech rur wydechowych BMW M3. Zaraz po otrzymaniu pozwolenia na ruszenie od sygnalizacji, stojące za mną niemieckie auto ruszyło prezentując swoje przyspieszenie i wyprzedziło nas pędząc w stronę kieleckiego toru.

– Jeszcze się zobaczymy! – powiedział Mateusz wygrażając w jego kierunku pięścią.

Po drodze wyprzedziły nas jeszcze dwa Lancery i jedna Impreza spiesząca na ExoticCars. Szczerze mówiąc podróż mijała nam bardzo przyjemnie. Z głośników genialnego systemu audio sączyła się przyjemna dla ucha muzyka – z której doborem nie mogliśmy się dogadać – umilając nam podróż. Od czasu do czasu dawałem mojemu pasażerowi prywatny koncert, ale chyba mu się nie podobało. Nie mam pojęcia dlaczego. W zasadzie dalej nie działo się nic, co warte by było odnotowania, aż do czasu gdy nasz nawigacja głosem Krzysztofa Hołowczyca zakomunikowała nam, iż jesteśmy u celu.

– No dobra, widzisz gdzieś tor? – zapytałem.
– Właśnie nie bardzo. Jedź prosto. Musi być gdzieś tu niedaleko.
– A może kogoś zapytam o drogę?
– Zwariowałeś? – oburzył się Mateusz – Trafimy. Jedź tą drogą. How hard can it be?

Po kilku dobrych kilometrach jakąś boczną drogą nadal nie było widoków na pętle kieleckiego toru, ale co to dla nas blogerów! Kto jak kto, ale MY trafimy! Jednak po blisko 8 kilometrach jazdy morale upadły i postanowiliśmy kogoś zapytać się o drogę. Oczywiście nie było kogo, a Google Maps wciąż się nie mogły załadować. W końcu na przystanku natrafiliśmy na miłą młodą damę. Chcąc zrobić na niej piorunujące wrażenie przybraliśmy nonszalancki wyraz twarzy, a ja gracją wycofałem i niestety przy następnej czynności dałem plamę. Pomyliłem przyciski i zamiast z miłym dla ucha brzęczeniem otworzyć przednią, uchyliłem tylną szybę… Jednak z pełnym poker facem pokazując, że nad wszystkim panuję opuściłem tą właściwą i zapytałem o drogę.

– Przepraszam bardzo, czy nie wie Pani jak trafić na tor? – zapytałem z szerokim, hollywoodzkim uśmiechem.
– Musicie jechać tą droga do końca i na skrzyżowaniu skręcić w lewo. – powiedziała odwzajemniając uśmiech – Potem już musicie kogoś zapytać bo nie wiem jak dokładnie wytłumaczyć.
– Niezmiernie dziękuję – powiedziałem to i już miałem odjeżdżać, kiedy mój kolega z uśmiechem playboya na twarzy rzucił od niechcenia:
– Przystanek, deszcz pada, może podrzucić?
– Nie, nie dziękuję. Tor mi nie po drodze – odpowiedziała z wyraźnie akcentując ostatni wyraz.

Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Okazało się, że skrzyżowanie było za zakrętem. Po włączeniu się do ruchu i pokonaniu pół kilometra w lusterku zaczęło rosnąć coś czarnego i zbliżać się w niewiarygodnym tempie. To było Mitsubishi Evo.

– Puść go przodem! – krzyknął Mateusz – Trzymaj się go, on nas doprowadzi na tor.

Łatwo powiedzieć, niestety trudniej sprawić, żeby słowo ciałem się stało. Miał nad nami przewagę co najmniej 150 koni mechanicznych i w zasadzie mogliśmy być pewni trzymania się jego ogona, dopóki ciągła linia się ciągnęła, a autobus poruszał się żółwim tempem.

Skręciliśmy za nim w prawo i dotarliśmy do bram Toru Kielce.
– Co mam powiedzieć?! – spytałem panicznie. Z pomocą przyszedł mi Mateusz po raz kolejny demonstrujący swój uśmiech i zniżonym głosem przez uchylone przeze mnie okno rzekł:
– Prasa…

Najs. Zaparkowaliśmy między kilkoma innymi samochodowymi testowymi. Wiadomo – rodzinka musi trzymać się w kupie.

– Takim samym Abarthem jeździłem cały tydzień. – powiedział Mateusz pokazując palcem na smolisto czarną 500.
– Nie pokazuj palcem. To nie kulturalne! – zganiłem jego zachowanie – Zachowuj się jak przystało na osobę, która przyjechała tu jako prasa. Przyglądaj się, miej mądry wyraz twarzy i zadawaj inteligentne pytania. Chyba wiesz o co mi chodzi. Patrz! – wskazałem palcem – Czy nie to M3 nas wyprzedziło w Krakowie?

Byliście kiedyś na torze w Miedzianej Górze? I historii tego toru też pewnie nie znacie? Więc to świetny moment na to, żeby Was, Drodzy Czytelnicy dokształcić. Tor Kielce został otwarty 26 czerwca 1977 roku, czyli pół roku przed poznańską pętlą. Późne lata 70-te w PRL-u to czas kiedy brakowało wszystkiego, począwszy od materiałów budowlanych na kiełbasie zwyczajnej skończywszy (ponoć największe promocje były na śruby okrętowe), a mimo to powstawały obiekty tego typu, w przeciwieństwie do tego co jest dziś. Miano ojca toru należy nazwać ówczesnego prezesa kieleckiego Automobilklubu Włodzimierza Wójcikiewicza, który załatwił wszystkie potrzebne pozwolenia od władz partyjnych i administracyjnych, oraz siłę roboczą, która w czynie społecznym pracowała w pocie czoła. Projekt toru przygotował pan Józef Marcinkowski. Początkowo długość jednego okrążenia wynosiła równo 3 000 metrów, jednak już rok później zawody rozgrywano na pętli o długości 4 160 metrów. A to wszystko dzięki zapałowi i ciężkiej pracy pana Włodzimierza. Przez kolejne lata inwestowano i rozbudowywano nadal tor, lecz wraz ze zmianą ustroju przyszły gorsze czasy dla kieleckiej pętli, która poprzez swoje położenie niedaleko lasu i odcinka prowadzącego przez niego powinna stać się polskim Spa. Ale wiadomo, u nas w nic oprócz piłki nożnej nie opłaca się inwestować.

mustang8574857 glo

Tyle wątku historycznego na dziś, wróćmy do tego co działo się na torze, w pit-lane i ogólnie na całym obiekcie. Po obejrzeniu testówek poszliśmy do alei serwisowej, gdzie stały samochody mające walczyć o zwycięstwo.

– A mówiłem Ci, że jesteśmy umówieni z kimś bardzo ważnym i znanym? – zaczął nieśmiało Mateusz – Ciekawe czy będzie w kasku i którym BMW przyjedzie.
– Coś wspominałeś. – oderwałem wzrok od Imprezy STI – Jak go poznasz, skoro nikt go nie widział? A może go znasz osobiście?
– Niektórzy mówią, że nosi cienką bluzę ze swoim adresem na niej, a jego twarz kryje się za czarną brodą. Poznamy.

Mateusz zaczął robić zdjęcia wszystkim pojazdom, a ja przysłuchiwałem się konwersacjom prowadzonymi między kierowcami.

– Co ci powiem to ci powiem, ale z przodu masz za dużo powietrza, a z tyłu za mało. Skąd wiem? No przecież każdy to widzi.

– No wiesz, musiałem go trochę odchudzić, obniżyć i utwardzić. Teraz się trzyma drogi jak powinien. Tylko sobie deszczówek nie zabrałem, a pewnie padało będzie.

– Krzysiu, wyjdź zobaczyć jaka jest nawierzchnia na torze. Co mówisz? Ok. To załóż mi wiesz, które opony. No tak, tak. Te czwarte z lewej co wiszą na przyczepie.

To tylko niektóre z zasłyszanych rozmów podczas przechadzki między zawodnikami. Jak widać większość z kierowców traktowało kielecki track day aż zbyt poważnie.

Samochodów przybywało z minuty na minutę i przed 11 cała aleja wypełniona była mniej lub bardziej egzotycznymi pojazdami. Ja szukałem samochodu, który ekscytował mnie najbardziej, a było to Audi R8. Niestety nigdzie nie mogliśmy go wypatrzeć, bo najnormalniej w świecie go nie było. Same Imprezy, Mitsubishi, Porsche, dwie Corvetty, Nissany, Hondy, Mazdy, jakiś kosmiczny Chevrolet, który był skrzyżowaniem pickupa z cabrio – w kategorii egzotyk u mnie miał bezapelacyjnie pierwsze miejsce – i… Subaru Forester. Nieco zawiedziony, że jednak nie zobaczę R-ósemki wlokłem się dwa kroki za Mateuszem.

Nagle minęliśmy mężczyznę o potężnej muskulaturze – mi jego budowa ciała przypominała Kapitana Amerykę z komiksów Marvela, tylko bez tego niebiesko-czerwonego, obcisłego i obciachowego wdzianka – w brązowych spodniach bojówkach i bluzie w takim samym kolorze z nadrukiem blogomotive.pl. Hmmm… Skąd ja to…? Z zamyślenia wyrwał mnie Mateusz, który stanął jak wryty. Odwrócił się na pięcie i zapytał:

– Blooooooooogooooooooo?! Toooooooo Tyyyyyyyyy?
– Cicho! – syknął – To ja, ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Rafał, miło mi. – mówiąc to uścisnął kolejno dłoń mojego kolegi, a później moją z niewiarygodną siłą super bohatera – A tak dla formalności, jesteście z MotoFilm, tak?
– No jasne, że tak. Dawno przyjechałeś?

Przeszliśmy w bardziej ustronne miejsce, gdzie oddaliśmy się rozmową na różnorakie tematy. Dobra, nie będę kłamał, rozmawialiśmy tylko o samochodach. Po dwóch kwadransach z megafonów my i kierowcy dowiedzieliśmy się, że za pięć minut zacznie się zapoznanie z torem za samochodem bezpieczeństwa tzn. Skodą Octavią kombi. Stwierdziliśmy, że to czas na założenie kamizelek odblaskowych w kolorze kanarkowym. Inaczej nie zostalibyśmy wpuszczeni na tor.

Kiedy zajęliśmy miejsce odpowiednie do robienia fotek, moi towarzysze oddali się konwersacji na temat swojego sprzętu i niestety nie jestem w stanie odtworzyć tego o czym rozmawiali, gdyż w tej dziedzinie jestem kompletnym lajkonikiem. Na całe szczęście kilka sekund później za srebrną Skodą kombi ruszył sznur różnokolorowych samochodów. Na jakiś czas zajęli się fotografowaniem, ale niestety sielanka nie trwała zbyt długo.

– Jakie ISO masz ustawione? – zapytał Blogo – Widzisz, mam pożyczony aparat i pewnie nie będzie dobrych zdjęć.
– Ja mam ustawione na sto, ale to raczej o auto focus chodzi.

I znów zaczęli… Przez swoją rozmowę przegapili genialne ujęcie jak kierowca krwisto czerwonego Mustanga „pali gumę” przez dobre pięć sekund w miejscu. Nie pomogły moje krzyki, piski, kwilenia i inne nieartykułowane odgłosy. Auto focusy, ISA i inne fotograficzne bajery pochłonęły ich bez reszty. Tymczasem pierwsze kółko dobiegało końca i peleton pojechał w las. Dosłownie! Po kilku minutach konsternacji zobaczyliśmy sznur egzotyków jadący po szosie obok toru. Jak później dowiedzieliśmy się od miłego pana sędziego, na czas wyścigów, które odbywają się na tym obiekcie szosa jest zamykana i stanowi część toru. Jak to ma w zwyczaju mawiać nasz kolega po fachu i nasz kompan podczas track day – emejzing, c’nie?

Kierowcy zaczęli drugie kółko zapoznawcze. Niestety w miejscu gdzie się ustawiliśmy zaczął się robić zator i mogliśmy jedynie przyglądać się z bliska stojącym autom. Postanowiliśmy ustawić się na pierwszym zakręcie, który niektórzy kierowcy pokonywali (w zależności od umiejętności) z popiskującymi oponami lub w lekkim, kontrolowanym poślizgu.

– Głodny jestem. – powiedział do mnie Mateusz, kiedy już dochodziliśmy do barier za zakrętem.
– Nie marudź. Później pójdziemy coś zjeść.
– Najchętniej to bym sobie taka kiełbaskę albo karkóweczkę z grilla zjadł. – rozmarzył się – Taką dobrze wysmażoną.

Żałujcie, że nie widzieliście naszych min, kiedy przeskakując nad barierami zobaczyliśmy, że sędzia właśnie rozstawia cały sprzęt do grillowania. Niestety nie załapaliśmy się na poczęstunek i musieliśmy obejść się smakiem.

O głodzie zapomnieliśmy, kiedy rozpoczęła się sesja treningowa i na torze zrobiło się tłoczniej. O ile Chevrolet zwyciężył w kategorii Najbardziej Egzotyczny Egzotyk, to najpiękniejsze odgłosy wydawały z siebie Subaru Impreza STI i Ford Focus RS 500. Musicie uwierzyć mi na słowo, bo niestety nie mamy nagrania, na którym słychać symfonie ich rur wydechowych. Było to pomieszanie dławiącego się bulgotu ze strzałami z wydechu podczas zmian biegów. Ścinało krew w żyłach!

Najbardziej czekaliśmy, aż zobaczymy czarne BMW M5, które już podczas okrążenia zapoznawczego popisywało się swoimi drifterskimi umiejętnościami. Nie bez kozery na tablicy rejestracyjnej widniał napis DRIFT. Dodatkowo atmosferę podgrzał grillujący sędzia, który zapewniał, że jego przejazd obfituje w emocje. Niestety przeszła pierwsza kolejka chętnych i nadeszła druga, a wciąż nie było widoków na ten super sedan z widlastą dziesiątką pod maską. Kolejne niemieckie rozczarowanie… Pewnie czekalibyśmy dalej, gdyby nie ciągłe powtarzane przez drugiego z blogerów tekstów w stylu: jestem głodny, chodźmy coś zjeść. Nie wytrzymałem i poszliśmy.

Kiedy weszliśmy do znajdującej się nad pasem serwisowym restauracji i zaczęliśmy przeglądać menu zaczęło padać. Początkowo lekka mżawka, która później przybrała rozmiar regularnego deszczu.

– Zapomniałem z domu parasola – jęknął Mateusz.

Nie zwracałem na to uwagi, tylko zająłem się swoim jedzeniem. Kiedy już mój kolega przestał narzekać na burczący brzuch, o dziwo przestało padać! Poszliśmy poszukać Rafała.

Pewnie chcecie wiedzieć co było dalej? W tym momencie zakończę pierwszą cześć relacji z Kielc. Moim zdaniem tą nudniejszą, bo dopiero na mokrej nawierzchni działy się spektakularne rzeczy i widowisko nabrało tempa. Druga część już nie długo, a w niej między innymi:

– nielegalne zakłady
– atrakcyjne poślizgi
– rozmowy o technice jazdy na torze
– i aparatach…
– pożegnania

I wiele, wiele więcej. Zostańcie z nami i czekajcie na drugą cześć, którą będziecie mogli przeczytać już za kilka dni!

  • Pewnie, a jakże – zrób ze mnie fotograficznego ignoranta. Śmiało! ;))

  • O kurde, ponoć fajna zabawa była 🙂 Nawet kilka wypadków 🙂

  • no ładnie, ładnie;) zatem czekam na drugą część tekstu, b. fajna relacja;)

  • Bartek Grabiec

    @Blogo – niestety to ja jestem fotograficznym ignorantem;/

  • Również uważam, że fajna relacja i fotki spoko.

  • Andre Grazzi

    Relacja może i fajna (?) ale patrząc na fotki odnoszę wrażenie, że ten cały festyn to w sumie lipa była, bo oprócz kilku perełek, widać samochody które na codzień zobaczyć można na krakowskich drogach i które bynajmniej nie nazwałbym egzotycznymi. Ja oczywiście rozumiem wasz redakcyjny obowiązek pojawiania się na takich imprezach (sam bym pewnie chętnie pojechał a później taką relację wysmarował, że niektórym szczęki powędrowałyby w dół) ale następnym razem jak będziecie robić fotki na imprezie dla aut egzotycznych, to rócie zdjęcia samochodom egzotycznym, a nie takim w którym byle krakowski dres może sobie łokcie wietrzyć.
    pozdro

  • @Andre Grazzi – ale cie tutejsze towarzystwo zaraz pojedzie, hehe:D

  • Andre Grazzi

    hehe no czekam i doczekać się nie mogę xD
    Ale prawda jest taka, że napisałem co myślę, jak zawsze zrwsztą

  • Bartek Grabiec

    @Andre Grazzi – Być może i je widzisz na ulicach Krakowa, a to z tego powodu, że spora ilość kierowców była właśnie z Krakowa. A to Ci niespodzianka!

    Skoro taki wybitny z Ciebie dziennikarz motoryzacyjny to gdzie można czytać Twoje teksty? Może pochwalisz się swoimi rewelacyjnymi felietonami przy których doznamy literacko-motoryzacyjnego orgazmu?

    Last but not least wątpię czy pospolitego krakowskiego dresa stać na na BMW M5, M3, Subaru Impreze STI albo Forda Focusa RS 500. Nieprawdaż?

    Cieszy mnie niezmiernie jeden fakt. Skoro doczekaliśmy się już swojego trolla, to znak, że stajemy się coraz bardziej popularni!

  • Andre Grazzi

    Myślę że najlepszym wyjściem będzie zakończyć moją przygodę z waszą (…) stronką.
    nieDziękuję i niePozdrawiam

  • oj dajcie spokój:D