Moja nowa Honda… Czyli jeden [ciekawy] dzień z życia blogera MotoFilm’u

sebfel gloTo była nudna środa… Wstałem o 12 i myślałem, gdzie by tutaj pojechać moim nowym nabytkiem – Hondą Civic 1.8 Sport. Z początku miała to być obwodnica, ale nieoczekiwanie wzięła mnie głęboka refleksja: „Znowu? Cały tydzień tam jeździłem…”.

Padło na przejażdżkę po mieście. Wsiadam do swojego samochodu, wkładam kluczyk, odpalam magicznym czerwonym guziczkiem i wyruszam w drogę. Na początku postanowiłem pojechać do salonu/komisu i serwisu Hondy, zobaczyć, czy może mają coś nowego. Nic nie było.

Następnym kierunkiem była plaża w Brzeźnie w Gdańsku – zawsze tam jeździłem. Tego dnia (środa 13 kwietnia 2011) była niemiłosiernie brzydka pogoda. Zimno (komputer pokazywał 5 stopni na plusie), mokro i zdecydowanie sennie. Zatrzymałem się na parkingu. Było puściutko, samochody można było policzyć na palcach u ręki. Dla porównania dodam, że latem, kiedy temperatura sięga trzydziestu stopni, wszystkie tam zebrane auta łatwiej byłoby policzyć z jakiegoś „pitagorasowego” wzoru.

Stanąłem na środku parkingu i sprawdzam oświetlenie pojazdu. Przednie mijania i halogeny działają, migacze, wsteczny i światła stopu także. Przechodzę na tył i… „Zaraz, coś mi tutaj nie gra? Jedna tylna lampa nie działa”. Wsiadam z powrotem do samochodu – godzina 18:20. „Zdążę, czy nie? Serwis powinien być otwarty”. Wyjeżdżam z parkingu i kieruje się ulicą Hallera w stronę miasta. Było pusto. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów zauważam nieruchomo stojącego dziadka. Zastanawiam się – co on robi?

Nagle upada… Potężnie wali głową o chodnik. Na liczniku miałem około 50 KM/H. Widząc tę sytuację zaliczam awaryjne hamowanie w poprzek drogi. Wybiegam z samochodu, schylam się i przewracam starszego pana na bok [z początku myślałem, że dostał zawału]. Sięgam do kieszeni i się zląkłem – „NIE MAM TELEFONU!”.

Na moje szczęście akurat przejeżdżały dwie rowerzystki, a zaraz później rowerzysta [podziwiam ich za jazdę w taką pogodę]. Panicznie mówię do nich „Macie telefon?”, odpowiedziały „Chyba nie”. Pewnie się przestraszyły, że chciałem im ten telefon zabrać. Tym bardziej, że byłem ubrany w „gangsterską skórę” za tysiąc pięćset baksów.

„Gdzie tam dziewczyny! Ja Gangster? Jestem porządnym człowiekiem. Zresztą zobaczcie – jeżdżę Civiczką 1.8 Sport” – powtarzałem w myślach. Chyba poskutkowało, bo telefon się znalazł. W międzyczasie panie się zapytały, czy to Ja tego Pana potrąciłem… No przecież… Spójrzcie na przód mojej Hondy? Ma jakiekolwiek wgniecenia? Jeszcze jej nie zauważyłyście?

I pojawił się następny problem – jaki jest numer na pogotowie? Po kilku chwilach zastanowienia jedna z nich powiedziała – „chyba 112!”. Odpowiadam – „Tak, dzwoń na 112”.

Dzwoni, dzwoni i dzwoni… mija kilkadziesiąt sekund. I nic, nie mogła się dodzwonić. Nadjeżdża kolejna rowerzystka, ta ponawia próbę dodzwonienia się po służby ratunkowe. Udało się! I tutaj się zaczyna…

– „Dzień dobry nazywam się ****** trafiliśmy na człowieka, który upadł i rozbił sobie głowę, czuć od niego alkohol”.
– „Rozumiem, w jakim stanie jest poszkodowany?”
– „Nie wiemy co mamy z nim zrobić, rozbił sobie głowę i chce iść sam do domu”
– „Mam wysłać Straż Miejską czy pogotowie?”
– „To chyba Pani powinna wiedzieć! Chyba pogotowie”
– „Proszę czekać, łącze z pogotowiem”

Po kolejnym przedstawieniu się, po podaniu „numeru buta, fiuta, długości i średnicy” wreszcie udało się zadzwonić po karetkę.

Poszkodowany Pan próbował wstać. Kategorycznie mu tego zabroniłem. Ale co ja mogę… Pan wstał i chciał sobie pójść. Powiedział „Przepraszam”. „Ale za co mnie przepraszasz? Wypiłeś coś?”. „Tak troszkę, ale ja przepraszam”.

Widać, że porządny człowiek. Nie pozwalam mu jednak iść dalej, trzymam go, żeby się nie przewrócił. Żeby go nie zanudzić, zadałem mu kilka pytań…

– „Ile już Pan żon przeszedł?”
– „Co?”
– „Ile już Pan żon przeszedł?”
– „Co?”
– „Echh, czy ma Pan żonę?”
– „Tak, dwudziestego drugiego jest nasza rocznica. Jesteśmy razem 52 lata”
– „Pół wieku. O rety, gratulacje!”
– Jedna z rowerzystek – „Musi być naprawdę dobrą kobietą, i wytrzymałą…”

„Stery nad poszkodowanym panem” przekazałem rowerzyście. Ten go cierpliwie trzymał. Przez 20 minut. W tym czasie [bo dziadek znowu chciał sobie pójść] spytałem go, czy przeżył wojnę.

– „Ja? No jak nie, jak tak”
– „Niech Pan coś opowie”
– „To był 39 rok, mieszkałem w Dęblinie…” – dalszego bełkotu nie słyszałem.

Nikt raczej nie słuchał tego Pana na poważnie…

– „Mój Ojciec… oni wszedli do domu, został rozstrzelany przez Gestapo”

I tutaj Pan zdjął swoje okulary i się rozpłakał jak dziecko. Widząc jego wzruszenie sugerujemy mu, żeby nie kończył…

Drżącym głosem starszy Pan odpowiedział – „Ale o tym trzeba mówić…”

Wreszcie przyjechała karetka. Dwaj mili Panowie na początku wjechali w złą uliczkę, ale jedna z rowerzystek pośpieszyła i ich zawróciła.

Starszy Pan został przejęty i przetransportowany do szpitala. „Ekipa” zaczęła się rozchodzić, a ja… odwracam się i patrzę na swoją Hondę, zaparkowaną w poprzek z włączonymi światłami. Mruknąłem sobie:

„Kurczę, jaka ona jest piękna…!”. I ruszyłem do serwisu Hondy, gdzie Panowie za 27zł + 23zł napiwku wymienili mi tylną żarówkę.

Na moje pytanie: „Jak te Hondy się sprawują?”

– „No wie Pan, ja miałem, ale jak kto lubi. Dla mnie zawieszenie jest zbyt sportowe, niewygodnie mi się wsiada, a już szczególnie wysiada. Nie zanotowaliśmy jednak żadnych poważnych usterek i korozji”.

Spokojny odjechałem – tym razem już do domu – i naładowany adrenaliną kręcę… Kręcę do 7000 obrotów wspaniały, japoński motor…