hondacrz84trst gloMieliście kiedyś coś takiego, że wsiedliście do pewnego auta i żadnymi siłami nie dawaliście się z niego wyciągnąć? To już wiecie jak ja się czułem, kiedy moje pośladki ugościły skórzane siedzenia Hondy CR-Z. Niestety, pierwszy kontakt to jedynie parę sekund na włączenie silnika, co by się łatwiej odśnieżało spod największej na parkingu pierzyny śniegu.

Na dobry początek przypomnę wam, że CR-Z to zdobywca jednej z nagród brytyjskiego Top Gear. Okazał się najlepszym autem hybrydowym. Jak bardzo mam odmienne zdanie, postaram się wam przybliżyć.

Wiadoma sprawa. Przed odebraniem auta do testów naoglądałem się masy zdjęć CR-Z’ety. Ba, nawet jakiś czas temu siedziałem w nim na targach w Białymstoku. O dziwo samochód nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia i przeszedłem nad nim do porządku dziennego. Młody i głupi byłem. Jak się okazało, jedynie kwestią czasu był obrót sprawy o całe 180 stopni.

Dzień odbioru CR-Z był dniem rozstania z Insightem (tak, jego test był wcześniej). Szybka rundka na górę po wymianę kluczyków.
– Dzień dobry, ja po wymianę Insighta na CR-Z.
– Tak, proszę, dokumenty, kluczyki, tutaj podpisik i tutaj. Jak dobrze pamiętam, to pańskie auto to te białe. Widział pan pewnie taką wielką zaspę.

Nie oczekiwałem większej liczby wyjaśnień, pożegnałem się, zszedłem na dół. Rzeczywiście – na parkingu była wielka zaspa. Parkując przy niej Insighta myślałem raczej, że stawiam go koło grudy śniegu zgarniętego z całego parkingu. Jakie jednak było moje zdziwienie, gdy podczas nonszalanckiego odśnieżania nogą na wysokości tablicy rejestracyjnej (tak, żeby nikt nie zobaczył, że ja, dumny redaktor motofilm.pl nie mogę znaleźć swojego auta na parkingu) okazało się, że numery pasują do tych z dowodu rejestracyjnego.

Po dobrym kawałku czasu odśnieżanie można było uznać za skończone. Drugie wejście do środka i już wiem… tak… to te auto. Czekałem na nie od momentu, kiedy się urodziłem. Jest idealne. Wszystko na swoim miejscu. Mając w pamięci kierownicę Insighta od razu ochrzciłem ją mianem autobusowej. W CR-Z to niemal spodek do kawy. Do tego odpowiednio gruby wieniec…

Wyjazdowi z firmowego parkingu towarzyszył akompaniament oklasków pracowników Hondy wybierających się właśnie na lunch. Gratulowali mi nie byle czego. Dokładnie odpalenia silnika. Wydaje się błahe. O mało co, nie straciłem zupełnie rozumu, co mam zrobić. Nacisnąć przycisk start najpierw, czy przekręcić kluczyk?! Czy może przekręcić kluczyk w jedną, potem w druga i wtedy start?! To za wiele! Całe życie przeleciało mi przed oczami… Jeszcze raz… Spróbuję. Delikatnie wciskam lekko chodzące sprzęgło, przekręcam kluczyk, wskazówka na obrotomierzu robi rundkę w tą i z powrotem (tak, zachwycałem się tym zawsze jak go uruchamiałem), magiczny przycisk Start obok stacyjki i… tak! To działa! Wreszcie się udało. Posiadłem tajemnicę odpalania CR-Z.

Pokonujemy pierwsze ulice Warszawy. Oczywiście wytrwały Hołek na ślimaku na wiadukt dzielnie informował nas o tym, że w prawo, potem w prawo i znowu delikatnie w prawo. Nie mam mu tego jednak za złe – dobrą robotę chłopak odwalał. Wszystko miało być pięknie i gładko, gdybym nie zauważył, że prawe lusterko ma sferyczną końcówkę, która ma niby pomagać. Wielka konsternacja i rozmyślanie, jak wpływa to na odległość innych aut. Odpowiedź nadeszła dziwnie szybko, bo już przy pierwszej próbie zmiany pasa.

Oczywiście uznaliśmy z kolegą, że popełnilibyśmy grzech śmiertelny nie zajeżdżając do salonu Porsche, który tak nas kusił. Insightem się nie odważyliśmy, ale CR-Z to przecież prawie Porsche. Przymrużyliśmy oko na różnicę cenę – mała hybryda kosztuje w podstawie S 87 700 zł (a nasz skromny egzemplarz GT ze skórą i dachem panoramicznym 104 100). Poza tym oprócz trybu Eco i Normal ma przecież tryb Sport! Porsche też, więc jesteśmy w domu. Przy okazji chciałbym pozdrowić panią z tego salonu – taką ładną z czarnymi loczkami. Przepraszamy, że nie potrzebowaliśmy pomocy przy wyborze auta. Zostawiliśmy trochę swojego unikalnego DNA na siedzeniach Porszaków i po cichu, chwytając pamiątkowe ulotki, ulotniliśmy się.

Jakimś cudem, bez większych przygód udało się wyjechać z Warszawy. Przecież nie będę wspominać o próbie jazdy pod prąd, bo to nudne. Piękne słoneczko nam świeciło i przy wcale niewyciszającej muzyce sączącej się ze świetnych głośników (i suba w bagażniku) kierowałem koła w stronę upragnionego Białegostoku. Niestety sielanka trwała mniej więcej połowę drogi. No kto z was nie zaczyna przyciskać mocniej gazu jak zobaczy, że domki wioski już się skończyły, a w oddali miga już znak końca strefy zabudowanej? Przyznajcie się bez bicia. Byłem na tym całym procederze tak skupiony, że nie zauważyłem wystającej złowrogo zza krzaków niebieskiej Astry Combi. Nie wspominając o pani policjantce, która właśnie odkładała suszarkę (bynajmniej nie do włosów) na maskę i zaczęła do mnie przyjaźnie machać swoim wspaniałym lizakiem. Wyglądało to na tyle uroczo, że o mało nie pojechałem dalej. Poczułem jednak wewnętrzną potrzebę zatrzymania się.
– Dzień dobry, tutaj blablabla. Co panie kierowco? Za szybko się jechało?
– Dzień dobry, ależ skąd!
– Dokumenty proszę i zapraszam ze mną.
– Ale pani droga, to nie moje auto, dwie godziny temu dostałem, jeszcze nie czuję, że tak szybko przyspiesza…
Szybkie spojrzenie pani władzy na auto i przemyślana riposta:
– No, takim to rzeczywiście można szybko jechać.
Miałem swoją na końcu języka – „właśnie miałem sprawdzić”, ale ze względu na te słońce i miłą atmosferę zachowałem to dla siebie.
– Widzi pan, 72km/h, a tutaj to jeszcze zabudowany.
– No, ale, przecież…
– Ja rozumiem, ale to jeszcze zabudowany.
– Ale bez przesady!
– 100 zł mandatu, 4pkt karne, przyjmuje pan?
– Przyjmuję, przyjmuję… – wycedziłem przez zęby
Oczekiwanie w samochodzie na wypisanie mandatu i oczywiście dyskusja z kolegą. Śmiech, żeby chociaż nie ruszyć przypadkiem z piskiem opon.
– Tutaj mandat, tutaj pamiątka, ma pan tydzień na zapłatę, ale jeśli pan nie zapłaci od razu to też się nic nie stanie. I proszę dalej uważać na prędkość!
– A co, dalej też stoją?
Jazda. Ja biedniejszy o tę stówkę, kolega rozbawiony wrzucał właśnie zdjęcie mandatu na facebooka. Zgadnijcie za to jak ruszyłem… Przypadkiem! Serio!

Dotarcie do domu wiązało się z nadaniem autu oczywiście przydomka. Tutaj akurat jest to uzasadnione. Nadawał się „wehikuł kosmiczny”. Coś w tym jest, bo CR-Z wygląda nieziemsko. Z każdego kąta. Pochodzi jakby z innej planety. Wyróżnia się niesamowicie. Do tego cały ten biały kolor… ehhh… łezka się w oku kręci jak myślę, że już nie mogę wyjrzeć przez okno i popatrzeć na niego.

O oglądaniu się pieszych i innych kierowców za nim nawet nie mam, co wspominać. Codzienność, co chwilę, co minutę, co sekundę ktoś go podziwiał. Obracanie głowy nie było żadną nowością. Jednak najlepsze jest to, że ludzie autentycznie zatrzymywali się na chodnikach na jego wysokości, żeby popatrzeć. Nie – w tym momencie nie wkręcam absolutnie. To się działo naprawdę.

Niestety, wygląd to jedno, a funkcjonalność to drugie. Tego ostatniego można by rzec tak trochę brakuje w CR-Z. Jestem studentem, więc oczywiste były w miarę regularne wizyty na uczelni. Ze względu na raczej dwuosobową naturę mogłem raczej tylko pomarzyć o wzięciu więcej niż jednej dodatkowej osoby na pokład. Trochę obciach jednak. Ale wybaczam. W innych autach tego typu zapraszanie do siedzenia z tyłu też nie zostanie odebrane specjalnie przyjaźnie. Jeśli ktoś chciałby jednak za wszelką cenę spędzić tam czas, to konieczne będzie podsunięcie któregoś z siedzeń maksymalnie do przodu i skurczenie się do rozmiaru tak na oko metra czterdzieści. Oczywiście wejdziecie tam jedynie od strony pasażera, bo od kierowcy nie ma wajchy do „otwarcia” siedzeń. Z drugiej jednak strony taki układ braku miejsca z tyłu zabezpiecza nas przed prośbami o rozwożenie ludzi po imprezie do domu! Nie ma, więc tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Jeśli jednak wieziemy tylko siebie i osobę obok, nie ma powodów do narzekań. Jakiś czas temu słyszałem głosy, że kabina CR-Z jest ciasna. Bzdura! W końcu to nie auto dla 200kg miśków, których wysiadanie ze świetnie wyprofilowanych siedzeń powinno odbywać się za parawanem ze względu na zupełny brak gracji. Jak na moje wymiary (ok. 180), wszystko było wporzo.

Jeździłem dosłownie szorując tyłkiem po ziemi. Jeśli ustawicie sobie siedzenie na najniżej, to poczujecie tę przyjemność z jazdy w sportowym aucie. Potem już wszędzie, gdzie wsiądziecie wajcha regulująca wysokość poleci w podobne ustawienie (sprawdzone!).

Przy okazji omawiania siedzeń nie mogę nie wspomnieć o progach zwalniających i zawieszeniu, które jest krótko mówiąc twarde. Na tyle twarde (szczególnie tył), że o ile przód przejedzie spokojnie z dopuszczalną prędkością 20km/h przez śpiącego policjanta, o tyle tył lubił zawsze wesoło podskakiwać. Jeśli więc miałbyś 190cm lub wysoko ustawione siedzenie, to zapewne nabiłbyś sobie nie raz niezłego guza o zasłaniane okno dachowe (gadżet warty każdych pieniędzy!).

Co jednak, jeśli zechcemy przyspieszyć i wykrzesać z tego 128 konnego tandemu coś więcej? To akurat świetny pomysł! CR-Z bardzo żwawo przyspiesza w mieście. Którykolwiek bieg, czuć, że prędkość wzrasta. Tryb Normal jest jak najbardziej ok. Eco szczerze mówiąc nawet nie tknąłem, bo nie chciałem marnować cennych chwil na mozolne przyspieszanie. Za to tryb Sport… to zupełnie inna bajka. Wciskamy go i samochód przechodzi metamorfozę. Wnętrze prędkościomierza zaczyna świecić na czerwono, reakcje na gaz są bardziej bezpośrednie, silnik elektryczny maksymalnie doładowuje swoim momentem obrotowym ten spalinowy, a wspomaganie kierownicy się zmniejsza. Tutaj można użyć angielskiego sformułowania: „now we are talking!”. Tryb Sport to jest to.

Jak CR-Z zachowuje się na drodze? Bardzo dobrze. Żałuję, że przez śniegi nie mogłem sprawdzić granic przyczepności. Chociaż może z drugiej strony to lepiej – teraz bym pewnie siedział opłakując niezły uszczerbek w gotówce. Długo przed testem CR-Z czytałem artykułu o niej w Top Gearze. Wspominali tam o tym, że autko ma tendencję do nadsterowności. Nie chciało mi się wierzyć. Do czasu. Jadąc po jednym z warszawskich ślimaków w dzień oddania Hondy, okazało się, że panowie z gazety mieli rację! CR-Z może być nadsterowny! Nie przerażająco, ale raczej trochę wyzywająco.

Dobra, podsumujmy ten przydługi wykład na temat mojej ostatniej testówki. Tak proszę państwa, jestem zafascynowany Hondą CR-Z. Przymykam oko na delikatne niedoróbki takie jak konieczność pochylania się do zmiany stacji w radiu. Spędziłem z tym autkiem tydzień i zakochałem się w nim. Miłość od pierwszego wejrzenia jednak istnieje. CR-Z jest piękna. Szczególnie z tyłu. Zdjęcia tego nie oddają. Na zarzuty typu „wygląd to nie wszystko” odpowiedź jest banalnie prosta – jej wnętrze też jest świetne. Wygodne, jak dla mnie przestronne i naprawdę wyjątkowe, a i prowadzenie zasługuje na mocną 5. Czuję, że CR-Z wpadła w ręce człowieka, dla którego została stworzona.

Acha – miałem jeszcze nawiązać do brytyjskiego Top Geara. Dlaczego się z nimi nie zgadzam? Bo według mnie CR-Z to nie tylko najlepsza hybryda, ale chyba najlepsze auto 2010 roku. DS3 moim zdaniem nie dorasta mu do pięt ze swoim trochę udawanym charakterem. Może pamiętacie – za swoje auto roku wybrałem RCZ. Stało się to zwyczajnie dlatego, że o CR-Z zapomniałem i nie miałem z nią większej styczności.

W myśl „problemu” z nadsterownością, piosenka, którą świetnie słuchało się w CR-Z:

PLUSY:
+ wygląd (nie zapomnę spojrzenia tankujących na Statoilu jak wyjeżdżałem powoli z myjni na samych ledach)
+ prowadzenie
+ unikalność auta
+ niezłe osiągi (zapomnijcie, że to hybryda!)
+ świetna skrzynia biegów
+ możliwość delikatnej nadsterowności

MINUSY:
– tak się składa, że wyraźnych nie stwierdzam

CR-Z przejechałem 770 kilometrów i dałbym wiele, żeby było więcej. Tankowałem na Statoilach zwykłą 95.

Napęd
Rodzaj silnika: hybrydowy – spalinowy i elektryczny
Pojemność: 1497 cm3
Typ napędu: przedni
Moc maksymalna spalinowego: 114KM (84kW) (przy 6100 obr/min)
Maks. moment obr spalinowego: 145Nm (4800 obr/min)
Moc maksymalna elektrycznego: 14KM (10kW)  (przy 1500 obr/min)
Maks. moment obr elektrycznego: 78Nm (1000 obr/min)
Skrzynia biegów: 6-biegowa, manualna

Nadwozie
Długość / Szerokość / Wysokość: 4080 / 1740 / 1395 mm
Pojemność bagażnika w litrach: 233 (po złożeniu 401)
Masa własna: 1170 kg
Ładowność: 350 kg
Rozstaw osi: 2425 mm

Dane eksploatacyjne producenta
Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 9,9 s
Prędkość maksymalna: 200 km/h
Zużycie paliwa – trasa: 4,4 l/100km
Zużycie paliwa – miasto: 6,1 l/100km
Zużycie paliwa – cykl mieszany: 5 l/100km
Pojemność zbiornika paliwa: 40 litrów
Emisja CO2 [g/km]: 117