Zapewne większość z was zawsze pragnęła słyszeć dźwięk mocnego silnika podczas jazdy. Nic dziwnego. Te głębokie brzmienie potrafi wprawić w zachwyt. Również producenci zauważyli, że jest to jeden z ważniejszy elementów każdego auta.

Podczas budowy silnika coraz częściej konstruktorzy przyglądają się dźwiękom, jakie generuje ich dzieło. Wykorzystuje się nawet komputerowe symulacje w celu osiągnięcia idealnego odgłosu. Aktywne wydechy, regulujące rozwarcie, pomagają nie budzić sąsiadów w nocy, a jednocześnie dają niezapomniane doznania przy trochę bardziej zdecydowanym oparciu nogi o pedał gazu. Co jednak, jeśli nie stać nas na auto z takimi wynalazkami? Jakiś czas temu nadeszła odpowiedź ze Szwecji.

To Soundracer, czyli urządzenie, które po podłączeniu do radia, w zależności od wybranego typu, symuluje dźwięk silników V8, V10 oraz ostatnio V12 (jesteśmy pierwszą redakcją w Polsce i jedną z pierwszych na świecie, która otrzymała go do testów!).

Krótkie wytłumaczenie zasady działania. Soundracer działa w oparciu o alternator umieszczony pod maską. Po włożeniu go do gniazda zapalniczki samochodowej (12V) zaczyna sczytywanie napięć. W wyniku ich wahań, generuje odpowiedni dźwięk. Kolejny etap to przesłanie odpowiednich impulsów do radia samochodowego – soundracer działa na zasadzie transmitera.

Przejdźmy do konkretów. Dostajemy paczkę z trzema nowiutkimi urządzeniami. V8 i V10 otwieramy tak, jak zwykłe pudełko – górną część zdejmujemy. V12 jest zapakowane w takie samo pudełko, ale z innym systemem zamykania – trzyma się na magnesie i otwiera się podobnie jak książka.

Co zawiera każdy zestaw:

– samo urządzenie
– ściereczka do czyszczenia (w wyścigową szachownicę)
– krótki kabel zakończony z dwóch stron mini-jackami (czytajcie dalej, po co)
– instrukcje

Samo urządzenie jest lekkie i wykonane oczywiście z plastiku. Pokryto je folią imitująca włókno węglowe. Na górze, oprócz wyświetlacza, znajdują się dwa srebrne przyciski do ustawiania częstotliwości oraz logo soundracera z oznaczeniem wersji. Wszystko wykonane jest estetycznie, ale przy naciskaniu trochę skrzypi.

Wiemy, więc już, czego spodziewać się, kiedy przyjdzie listonosz z naszą wyczekiwaną przesyłką. Czas wsiąść do samochodu.

Żeby wszystko działało, nie trzeba wykonać zbyt wielu czynności. Włączamy silnik, wkładamy soundracera do gniazda 12V. Na małym ekraniku urządzenia ustawiamy częstotliwość za pomocą wspomnianych już dwóch przycisków – w moim przypadku odpowiednią była 99.0MHz. To samo robimy z naszym radiem. Po chwili czujemy się jakbyśmy siedzieli w muscle carze lub ferrari. Chwilę trwa parowanie urządzenia z autem – jedno piknięcie, potem dwa. Gotowe. Wciskamy gaz, obroty idą w górę, a razem z nimi zmienia się dźwięk płynący z głośników. W tym momencie na naszych ustach pojawia się uśmiech – uwierzcie mi.

Czas na pierwszą jazdę. Wbijamy jedynkę, ruszamy i uśmiech zaczyna przeradzać się w śmiech. Patrzymy na deskę rozdzielczą naszej toyoty, skody czy citroena i rozkoszujemy się dźwiękiem V8, V10 lub V12 z dodga, maserati czy ferrari.

Nie jest to jednak dobre urządzenie dla tych, którzy starają się jeździć o kropelce. Soundracer wpłynie ujemnie na zużycie paliwa – po prostu nie da się powstrzymać od wkręcania silnika na wyższe obroty. Jak się już znajdziemy na wyższym niż zwykle polu, zawłada nami chęć przyciśnięcia jeszcze troszkę, co by poczuć się jak Clarkson wykrzykujący superlatywy w kierunku wspaniałego brzmienia auta. Soczysta zmiana biegów i wspinaczka zaczyna się od nowa. Wtedy musimy martwić się nie tylko o zużycie paliwa, ale i o mandaty. Wpatrzeni w obrotomierz nie zauważymy patrolu drogówki czającego się gdzieś za krzakami. A prędkość rośnie i rośnie… Wątpię, żeby udało nam się wykręcić soundracerem od mandatu.

Kolejna sprawa związana z tym urządzeniem to znajomi. Mając je, grzechem jest nie przewieźć kolegów – na twarzach większości przedstawicielek płci pięknej zobaczymy raczej zdziwienie na twarzy i brak zrozumienia dla istnienia naszej nowej zabawki. Wybrałem się, więc i ja w taką „podróż”. Towarzyszyły jej oczywiście słowa zachwytu i ogromna dawka śmiechu. Oprócz ciągłej konieczności tłumaczenia zasady działania sprawcy całej tej radości, obowiązkiem było też podanie ceny – 130 zł za V8, tyle samo za V10 oraz 160 zł za V12 (jeśli kupujemy przez allegro, doliczyć trzeba ok. 10 zł za przesyłkę). Wtedy pojawiał się grymas na twarzy i klasyczne „eeee…”. Większość spodziewała się kwot przynajmniej o połowę mniejszych.

Skoro jesteśmy już przy wadach, to może wymieńmy parę innych. Zapewne sporo z waszych aut ma gniazdo zapalniczki umieszczone bardzo blisko skrzyni biegów. Ja również. Podczas testowania byłem ubrany w kurtkę, której rękawem bardzo często zahaczałem o soundracera. W efekcie naciskałem przyciski zmieniające częstotliwość. To nie kurtka ma za duże rękawy – to przyciski są zbyt czułe. Po każdej takiej felernej zmianie biegów konieczne było odrywanie wzroku od drogi, spoglądanie na ekranik i zabawa z ponownym ustawianiem poprawnej częstotliwości. Niby to tylko jedno naciśnięcie, ale podskakując na polskich drogach, nasz palec może nieszczęśliwie zsunąć się na niewłaściwy przycisk. Zawsze pozostaje możliwość regulacji radia – uwierzcie mi jednak, że z przyzwyczajenia zamiast użyć klawisza do zmiany o 0.05MHz możecie nacisnąć ten drugi, który szuka najbliższej stacji. Efektem jest oczywiście kompletne rozregulowanie i najbezpieczniejsze jest zatrzymanie się w celu naprawy wszystkiego.

Kolejna sprawa to zakłócenia. Żeby mieć pełną satysfakcję z pracy soundracera, musimy znaleźć wolną częstotliwość możliwie daleko od lokalnych stacji radiowych. Jeśli jakaś znajduje się na np. 89.0MHz to radio niskiej jakości będzie miało problemy w paśmie od 88.8 do 89.2. Istnieją też zakłócenia generowane przez urządzenia takie jak np. włączony wentylator. W efekcie soundracer zaczyna trochę dziwnie działać – skaczą obroty, dźwięk jest nieregularny. Ten problem może być też spowodowany niskim sygnałem z alternatora i/lub zbyt wysokim napięciem w gniazdku 12V.

Soundracer, jak już wiemy, działa w oparciu o nasze głośniki. Pełna radość korzystania z tej zabawki wymaga, więc dobrego nagłośnienia. Na standardowym radiu producenta, w większości aut, ciężko będzie nam poczuć ciarki przechodzące po ciele przy dodawaniu gazu. Dopiero te wyższe zestawy zaprezentują pełne możliwości. Natężeniem dźwięku sterujemy oczywiście pokrętłem głośności w radiu.

Oprócz tych paru wad, urządzenie, jakim jest soundracer, można uznać za bardzo udane. Przydaje się też czasem, jako zwykły transmiter – za pomocą znajdującego się w zestawie kabelka podłączamy np. odtwarzacz mp3. Takie coś powinno ucieszyć osoby, których auta nie są wyposażone w radia z gniazdem usb czy dockiem do ipoda.

Główną funkcję, jaką jest emitowanie dźwięku mocnych silników spełnia przez większość czasu bez zarzutów. Świetny gadżet w towarzystwie i na zlotach. Z czystym sercem mogę polecić każdemu. Nie można też przejść obok niego mimowolnie – hipermarkety już przypominają nam o zbliżających się świętach. Może, więc tym razem zamiast skarpet i kolejnego swetra zastanówmy się nad kupnem soundracera?

Poniżej zdjęcia urządzenia (V8, ale wszystkie wyglądają identycznie), video z jazdy z zamontowanym V12 i nagranie z głównym udziałem V8 i V10.

Wszystkie trzy egzemplarze Soundracera – V8, V10 i V12 do testów użyczyła nam firma GladCar, za co serdecznie dziękujemy.